RSS
niedziela, 23 lutego 2014

Wczoraj rano w oborze powitał mnie taki oto widok:

Hmmm, duże, czarne, niezgrabne. Dziewucha po Oślicy. Jakby był chłopak, to by był Osiou. A tak wyszło, że jest Maupa. Czarna. Trochę trwało, zanim przekonałem szczęśliwą mamę, że wymię trzeba umyć. I jeszcze trochę, żeby Maupa zassała. Daliśmy wszyscy radę, nawet nie byłem mocno skopany. Tyle, że wytarzany w gównie i opity siarą.

Ponieważ z żarciem jest jak jest, trzeba się wyprawić na Pustynię Paprocińską i skruszyć nieco piramid:

Nawet nieźle się zachowało, ale, podobnie jak z budową porodówki czy innego osprzętu oborowego, wiem już czego unikać. Kolejna nauczka na przyszły sezon.

Przyszła Pani Wiosna:

No i komary mak tłuką, więc trzeba otworzyć zewnętrzny sezon spożywczy:

Zaiste, dobry był wczoraj dzień. Nawet dla tych, co to czekają albo na coś z rusztu, albo na miejsce na ruszcie...

Pytanie za... no za coś tam: kura na gałęzi siedzi czy kuca?;)

07:28, scibor1
Link Komentarze (5) »
czwartek, 20 lutego 2014

Wczoraj wieczorem, z racji usprawiedliwionego (przed sobą) osłabienia walnąłem się do łóżka i miast książki postanowiłem zobaczyć cóż to za bzdety ta Gra Endera. Ani chybi coś mi się popieprzyło, bo ni stąd ni zowąd miałem rzeczonego Endera zaszufladkowanego gdzieś w Fundacji. Błądziłem, za co cię, Ender, przepraszam. Film na tyle genialny (choć widok H.Forda w na innym statku niż Sokół Tysiąclecia trochę drażnił), że muszę dorwać książkę. Koniecznie papierową.

Po seansie upierdliwe muczenie Falcona (hmmm...) skłoniło mnie do zbadania sytuacji. Bo może Oślica powiła. No niezupełnie. Małe, rude, daleko od Oślicy i lizane przez Byśkę. No dobra, to Oślica wypad na zewnątrz, a do porodówki... no Ender, a jakże;)

Kilka kontrolnych wizyt w nocy, czy wszystko w porządku. Łazi, ssie, jest okej. Do rana chyba oboje się zmęczyli, bo zastałem ich w takiej pozycji:

Bysia wygląda tak samo jak przed porodem, jak to kiedyś weterynarz stwierdził: jest dobrze odżywiona;)

Dziś po obrządku pozyskałem nieco nadprogramowej siary do użytku własnego:

Samo zdrowie. Moc, uroda, potencja...ł i takie tam inne. O ile wystarczy mi odwagi, by to spożyć... No, może za zdrowie Endera...;)

14:52, scibor1
Link Komentarze (2) »
środa, 19 lutego 2014

Jako, że krwiodawstwo bartoszyckie sobie o mnie przypomniało, a i ktoś potrzebujący się nawinął, postanowiłem uczcić Wiosny nadejście jedną z uciech przyjemnych i krew dałem sobie puścić:

Zaiste, lepszym człowiekiem się poczułem. Tym bardziej, że obowiązki ograniczyć do minimum mogę, bo mam wytłumaczenie. Tja, tylko cóż mnie na rozrzutnik z tarcicą posłało, nie wiem. Większość desek z wierzchu zaledwie nad oborę wrzuciłem, wlazłem za nimi i ułożyłem. I tyle. Co grubsze kantówki okazały się być ponad moje siły, co z rezygnacją przyznać musiałem. No to niech leżą i mokną, bo w nocy ma padać.

Oślica perwersyjnie powstrzymuje się od porodu, co mnie o tyle irytuje, że śpię jak ogar jakiś, na każde muknięcie zrywam się, w cyklopa zamieniam i pędzę do obory zobaczyć co tam. Ano nic. Czekamy...

Tydzień mam rzekłbym jak na razie intensywny. Trochę sobie zaczynam wywracać życie do góry nogami. Dla lepszej kontroli odstawiłem picie. Bo mogę. Bo już nie ma traka na gumnie:) A i z Listonoszem właśnie się rozliczyłem. Posmutniał, bo o suchym pysku do domu wrócił...;)

A teraz duuuża gorąca herbata i łóżeczko. Chodź, książeczko...:)

17:35, scibor1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lutego 2014

Jako że zebrać się do pisania nie mogę, może z powodu braku zdarzeń wartych wspomnienia, albo bardziej po polsku, "zapracowany strasznie jestem i czasu nie mam", krótko i węzłowato o tym, co ostatnio moje życie zdominowało.

Otóż z racji musu wywartego na mnie przez zalecenie z Ochrony Środowiska i pozwolenie z Urzędu Gminy, udałem się w okolice żeremi bobrowych:

Rzecz jasna mogło to nastąpić tylko przy ostatnich zimowych temperaturach, bo przy tych obecnych wiosennych to strach...

Naciąwszy tam drzew co większych przyciągnąłem je, wbrew wszelkim przepisom PORD, na gumno...

... po czym skłoniłem Listonosza do wizyty ze sprzętem przerabiającym drewno okrągłe na kanciaste:

Zdjęcie powyższe początek prac obrazuje, na zakończenie tych desek niewiele więcej było, za to drewna opałowego w postaci obrzynów na kilka lat starczy... A co tam, ważne, że było wesoło. I dobrze, że się skończyło, po tej robocie mam niejaki alkoholowstręt...

06:17, scibor1
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 lutego 2014

Jakiś czas temu padło zasilanie paliwem w Sprinterze. A że dobrze by było zwierzakom jakiegoś łatwo dozowalnego żarcia zawieźć, to dobrze by było maszynę ożywić. No to do roboty. Trzeba wpiąć się w przewody paliwowe tymi dwiema rurkami okrążającymi akumulator...

... i doprowadzić je do awaryjnego zbiornika pozwalającego na bieżąco oceniać poziom paliwa metodami optycznymi:

Najśmieszniejsze jest to, że to działa:) I widać jak podczas pracy silnika krążą płyny ustrojowe. Normalnie Deus ex Machina;)

Załadowawszy się żarciem pojechałem. Na miejscu zastałem rozwalone ogrodzenie i stado niewinnych szkociątek:

Pozwoliłem sobie nie szukać winnych, w końcu nic się nie stało. Ogarnąwszy zwierzyniec ogarnąłem przy okazji ogrodzenie, ograniczając jego wielkość co jednocześnie przełożyło się na szmoc zawartą w drucie.

I już miałem oddać się popołudniowym rozważaniom, jak przepieprzyć resztę dnia, gdy najechał mnie Listonosz z młodocianymi niewolnikami i tarcia tarcicy trakiem ciąg dalszy nastąpił. A że w tygodniu to on może tylko po pracy, szybko mrok nas zastał. Żeby skończyć to co na gumnie leżało, trzeba było się posiłkować chińską latarką, żeby kontroli nad trakiem nie stracić:

A i tak coś tam się urwało, coś spadło, wiązanki sypały się niemal ciągiem, przerywane jedynie dla zaczerpnięcia oddechu po kolejnym kieliszku miodowej Masurii... W sumie to dobrze byłoby już to cięcie kończyć, bo mi to picie brzydnie i poabstynentowałbym trochę...

A dziś ma przyjechać Pani od koni. Bo w olsztyńskim PZHK sobie przypomnieli, że mieli być na początku września. Jako, że nie padło którego roku, to albo są pół roku spóźnieni, albo pół roku przed czasem.

07:49, scibor1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lutego 2014

Jako już wspomniałem, w niedzielę w nocy dzieciaki odwoziłem. I wróciłem w poniedziałek. Na miejscu czekała mnie niepokojąca wieść o zaginięciu Edzia. Że niby nie ma go od mojego wyjazdu. Znaczy się zakamuflował się w Polówce i wysiadł po drodze. Hmmmm... Zbiegiem okoliczności przyszwendał się inny kot, a właściwie kotka. Ładna, duża, czarna.

Wracając od koniowatych kątem oka zauważyłem jakiś ruch w Fordzie. Podchodzę i co widzę? No Edzia:) Biedak dał się nieopatrznie zamknąć w samochodzie pełnym zamkniętego żarcia...

Jakoś przetrwał te 50 godzin, ale błyskawicznie zabrał się za nadrabianie zaległości żywieniowych w jakże miłym towarzystwie:

Cóż, Edzio za swą bohatersko-męczeńską postawę zyskał odpowiedni przydomek. A jako że jego towarzyszka nie miała jeszcze imienia, jego nadanie stało się rzeczą prostą. No bo jak może się nazywać żona Tantala? No właśnie Tantala. Na co dzień Tania:

A w ogóle to dzień zaczął się od pana z Energi, który przyjechał wyłączyć nam prąd za niezapłacone rachunki. Nie pozwoliłem, bo moim zdaniem miałem zapłacone. Po kilku telefonach okazało się, że pokrętna matematyka energetyczna wymaga ode mnie uiszczenia kwoty 388zł, co jest niedopłatą pomiędzy fakturą na 656zł a jej korektą zmniejszającą na 132zł. Nie wnikałem, zapłaciłem żądaną różnicę, bo brak prądu to brak ogrzewania a ileż można na agregacie. No bo żeby Edzia-bohatera prądem nie można było...

A Januarego przenieśliśmy, tfu, przeciągnęliśmy do koziarni:

Żeby porodówka była wolna...

14:40, scibor1
Link Dodaj komentarz »

W przeddzień powrotu moich dzieciaków do domu pojechaliśmy całą bandą na lod...owisko;) Drugi raz w życiu miałem łyżwy na nogach, i choć dotarcie na środek tafli nie było łatwe, nie wyglebiłem:)

Przypomniałem sobie przy okazji o istnieniu pewnych mięśni. Tja...

Następnie rodzinna okupacja bartoszyckiej Gondoli:

Jak dla mnie to najlepszy lokal w mieście. Ale ja się nie znam, bo*...

Potem odwiozłem dzieciaki do Tychów. Ferie dla nich się skończyły, trudno. Do następnego razu.

Powrót nieomal natychmiast, z dwoma blablapasażerkami. Nieprzytomny ze zmęczenia dotarłem do Paliów i z uporem maniaka próbowałem się przykryć tym, co Paliowa wyprasowała. Nic to. Odespawszy nieco, o świcie powrotu ciąg dalszy. Tym razem bez obowiązkowego KFC, za to z degustacją legendarnego placka gryźlińskiego:

Cóż, ja nie wiem, co ci fordziarze w tym widzą, bo * jak dla mnie to dupy nie urywa. W przeciwieństwie do ostrego kurczaka ze wspomnianego KFC;)

Tym razem udało mi się trafić do firmowego miodowego w godzinach otwarcia, dzięki czemu zasiliłem bagażnik kartonem zacnych trunków:

Po drodze chciałem umyć te szyby, ale skończyło się na chęciach. Wróciłem do domu i oddałem się błogości dnia codziennego. Już bez zamartwiania się jak podnieść zwierzaka, bo krowiszon pojechał do McTuska, za którego pośrednictwem powróci do obiegu. Życie.

08:06, scibor1
Link Komentarze (2) »