RSS
wtorek, 27 listopada 2012

Akcja porodowa czasem kończy się tak:

Zwykle zwiastuje to problemy. Mniejsze lub większe. Tym razem były większe, weterynarz poddał się dość szybko. W przeciwieństwie do reszty ekipy wspierającej sąsiada w nieszczęściu. Po czterech godzinach walki o to co zostało wreszcie zasłużone piwo. Ledwo żyję (po piwie...).

Cielak (byczek) ma się dobrze i jedna z cioć zajęła się karmieniem.

20:25, scibor1
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Mobilność młodej stała się legendarna. Zaczęło się od dopełzania do kontaktów i własnoręcznego sprawdzania czy jest prąd. Moja wrodzona złośliwość objawiła się dogmatycznym komunikatem NIE MA. Sprawdzania...

Młoda jako urodzony niedowiarek zaczęła knuć, jak tu wyrwać gniazdka ze ściany, żeby sprawdzić, co wymusiło na mnie sprawdzenie i poprawienie ich mocowań. Chwilowo więc dała spokój i zajęła się trenowaniem komunikacji w pionie. Klucząc niczym Sokół Millenium w drodze na Kessel osiągnęła piętro w czasie poniżej minuty. Wynik zaiste imponujący, poruszył we mnie pokłady huttyjskiej złośliwości. Wykorzystałem więc chwilową nieobecność młodej w dniu wczorajszym i nałożyłem ograniczenia na przemytniczym szlaku...

Wyraz oczu dziecka po osiągnięciu przeszkody jako żywo przypominał mi wzrok Kota ze Shreka okraszony komentarzem Głupiej Cipy po próbie uśpienia chloroformem...

Cóż, chwilowość mojego sukcesu potrwa zapewne do rozpracowania przez ofiarę mej złośliwości zasady działania szyfrowego zamka mojego pomysłu:

Chwilowość ta będzie odwrotnie proporcjonalna do mojej dumy z wykonanego dzieła.

Jeżeli ktoś miał wątpliwości, jak wykorzystać połamane łóżeczko, to teraz już wie;)

08:06, scibor1
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 listopada 2012

Wczoraj, mglistym świtem postanowiłem w swej nieskończonej dobroci krowiszony balotami uraczyć. Odpaliłem więc traktor i dalejże do dzieła. Zaimplantowałem pierwszego z trzech i chcę wyjechać z wybiegu po następnego. Tyle, że ciasno i trochę ruchów posuwisto-zwrotnych wykonać trzeba. Traktor zaś skłonny jest tylko do przodu jeździć, zaś wajcha biegowciepywacza bocznego swobodą ruchu przypomina osławioną taczankę na stepie...

Wybujałem się z zakrętu z pomocą Osadźcy. Diagnostyka dedukcyjna wskazywała na ujerdolone cięgło biegowciepywacza. Rzecz niby prosta, tylko trzeba się tam dostać. A krowiszony na głodzie. Na szczęście traktor jest jedynej słusznej produkcji, więc na czas karmienia zaimprowizowałem rozwiązanie zastępcze:

Po dostarczeniu pozostałych balotów potwierdziłem wcześniejszą diagnozę:

Tylko jak wyciągnąć drugą część? Było kilka opcji, ale raczej żadna nie do przyjęcia. No bo zdjąć koło, zdjąć kabinę czy zdjąć bak po uprzednim zdjęciu całego zadniego osprzętu to cały dzień roboty. A ja mam tylko pół... Cóż, skoro konstruktorzy zaniedbali zaprojektowania klapki rewizyjnej, trzeba im to wytknąć. Najlepiej kątówką...

Teraz poszło szybciej. Drugi koniec cięgła wymontowany, oba zespolone nakrętką i spawarką, tak żeby na dłużej starczyło:

Klapkę rewizyjną trzeba jakoś pozostawić na ewentualną przyszłość. Z sensem i przemyślanie...

Teraz już tylko montaż klapki rewizyjnej skrzyni biegów...

... i kosmetyka: mycie, odkurzanie, nabłyszczanie, dywaniki...

Kuin uusi, jakby to finowie powiedzieli. Są to chwile, kiedy cieszę się z nieposiadania nowego Dżona dira czy innego Kejsa. Tam zapewne użycie szlifierki skończyłoby się rozpołowieniem traktora, a podniesienie wykładziny obecnością nalepek: "udaj się z kartą kredytową do serwisu". No ale może nie miałbym tak rąk poharatanych...

 

A potem zostałem zaskoczony miłym telefonem od potencjalnej Osadźczyni - pozdrawiam;)

A potem przyszedł sąsiad z rodzinką i mnie sponiewierał alkoholem na okoliczność oblewania Altei. Cóż, jakie życie, takie obowiązki...

08:54, scibor1
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 listopada 2012

W oczekiwaniu na listonosza z koparką wprowadziłem w życie usprawnienie polegające na zaimplantowaniu byśkom balota do koziarni:

Konsumują z należytym zachwytem:) Ot, kolejne usprawnienie, odbarczające Osadźcę. Że też nie wpadłem na to jak sam tu urzędowałem...

Przyjechał listonosz i zaczęło się likwidowanie paskaallas'u:

Cztery rozrzutniki później daliśmy sobie spokój. Efekt zamierzony został osiągnięty, krowiszony już nie toną w błocie idąc na żarcie, a i traktor dostarczający rzeczone żarcie ma większy zasięg. Na kontynuację prac umówiliśmy się na wiosnę. Późną wiosnę, jak już będzie można wjechać na ten wybieg bez ryzyka zatonięcia.

Dzień zaskoczył nas ciemnością, więc reszta prac została przełożona na jutro.

Zdjęcie uzupełniające zobrazowanie mikrość prac przy odbłocaniu wybiegu:

Szczerze mówiąc to niewiele widać, ale efekt jest. Głównie taki, że wiem co mnie czeka na wiosnę jak zechcę opróżnić całość...

18:16, scibor1
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012

Bladym świtem, czyli jeszcze przed 9tą, zajechałem do sąsiada załadować jednego tym razem balota. Bo czas zawlec ładziankę do domu, musi trochę w lesie popracować. Wszystko ładnie, pięknie...

Balot załadowany, jedziemy. W B. wizyta na stacji, zatankować gaz. I osłodzić sobie przy okazji podróż. Załadowany gazem jadę dalej. Coś dziwnie szarpie jak zwalniam, zwalam to na karb lichego gazu. Jakieś 4km od domu widzę, że kontrolki ledwo się żarzą. Docieram do domu, a właściwie do wjazdu. Qui penis? - myślę. We wjeździe ładzianka umarła - brakło30 metrów do zaplanowanego miejsca. Ale już jestem u siebie. Sprawdzam pasek alternatora, jest ok. Ale wszystko wskazuje na to, że skończyło się ładowanie. Odpalam traktor, wciągam zaprzęg na podwórko. Krótka diagnostyka miernikiem potwierdza brak ładowania. Na szczęście nie zabiłem akumulatora. Wstawiam go do ładowania,pytam Osadźcę co nowego, nic, więc idę rzucić okiem na zwierzyniec. O, małe, rude, rusza się... Pozostaje mi złożyć Osadźcy gratulacje z powodu nieoczekiwanego, niezauważonego i udanego porodu:) Z racji zaistniałej awarii ładzianki już obmyślam imię, pozostaje ustalić płeć:

Dziewczynka, więc będzie Altea. Chłopak byłby Alternator... Zgodnie z badaniem rektalnym przeprowadzonym przez weterynarza, poród miał nastąpić gdzieś za 1-2 miesiące. Cóż... Na wcześniaka nie wygląda, może że pierwiastka... Ważne, że wszystko w porządku.

Przestawiam ładziankę, żeby rozładować przyczepę. O dziwo, wraca ładowanie. Domniemywam, że musiały się powiesić szczotki. Trzeba mieć to na uwadze w najbliższej przyszłości. Bo na teraźniejszość mam inne plany. Podziału stada ciąg dalszy. O dziwo, jakoś to idzie. W efekcie mam w pub'ie oddzielone małe lasie:

Bysia z Alteą wylądowała w porodówce. Reszta wałęsa się po wybiegu z błotnym sokołem, który jutro powinien wrócić do rodziców. A resztę trzeba zagnać do obory, boplanowo ma nastąpić usuwanie błotoobornika listonosza koparką.

A co z tego wyniknie? Jutro się zobaczy;)

17:30, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2012

Kiedyś, gdy jeszcze mój świat kończył się na motocyklu, z pokorą przyjmowałem pogodę, ofiarowaną mi przez Matkę Naturę na okoliczność dłuższych i krótszych wypadów. Zwykle bowiem lało. Tak się przyzwyczaiłem do otaczającej mnie aury, że godząc się z losem przybrałem miano Błotnego Jeźdźca. 

Te czasy wróciły. Myśliwiec zamieniłem na frachtowiec:

A dosłownie to beemkę na przyczepkę. Na razie testowałem z jednym balotem, przymierzam się do próby "dwóch". Efekt finansowy zapowiada się podobny jak z beemką, przyczepka odpracuje swoją wartość. Jeśli uda się wozić nią po dwa baloty, to koszt jej zakupu na zakończenie okresu wożenia paszy w tym sezonie wyniesie jakieś -530zł. Jeśli nie, to będę ją miał za jakieś 150zł. Wracając do rzeczy...

Zrobiliśmy wczoraj wahadło, czyli kurs tam i z powrotem. Teoretycznie zawieźć baloty, wyładować, wtoczyć na pastwisko i wrócić.

Zdaje się, że już w poprzednim wpisie wspominałem coś o teorii i moim do niej stosunku...

I tym razem postanowiłem dzielić stado. Innym nieco sposobem, bez przemocy. Po wstawieniu drugiego balota i jednej kostki krowiszony rozeszły się tak jak chciałem. Zupełnie same. Pozostało pociągnąć druta, uzupełnić uzupełniającymi zasiekami i... wrócić:

Tak, ten błotny szlak przypomniał mi dawne czasy. Równowaga jak na motorze i błoto dookoła. I jeszcze prawie metr wgłąb.

Zachęcony sukcesem, niepomny, że powinno się robić maksymalnie jedną rzecz dziennie, zaordynowałem jeszcze przemeblowanie w oborze. Z grubsza zakończone sukcesem, pomijając bierny atak obory na mnie. Przechodząc radośnie pod belką walnąłem się nią dociemieniowo, aż w szyji chrupnęło. Musiałem kilkanaście minut odsiedzieć w paśniku, zanim poczułem się na siłach używać kończyn. Jakoś dowlokłem się do domu i z braku mannitolu rozpocząłem kurację makiem z cukrem i porto. Dziś rano jest już nieźle.

W efekcie (stan na wczoraj wieczór) stado mam podzielone na parkę szkotów na pastwisku zimowym, cztery krowiszony oborowe właściwe, kwiat młodzieży z dwoma jałówkami (i tu trzeba jeszcze przeprowadzić podział wtórny) oraz koziarnianą grupę technologiczną 2-1-2-3.

Najchętniej wyłączyłbym telefon, żeby przypadkiem nie wywołać telefonu od Osadźcy, że wczorajszy podział jest już historią... jak kotecek, któremu wczoraj się zeszło z przyczyn nieznanych.

Przyszło ONW, więc jest za co przeżyć dwa kolejne miesiące.

08:00, scibor1
Link Komentarze (3) »
czwartek, 15 listopada 2012

W związku z zakończeniem prac oborowych postanowiłem podzielić krowiszony na szkoty i resztę bandy. Szokty mają zasadniczo zostać w terenie, reszta, w tym półszkoty, do obory marsz. W teorii miało to wyglądać tak: wchodzę w stado, patyczkiem poganiam grzeczne krówki, one zaś idą sznurkiem do obory a szkoty spokojnie się temu przyglądają. Następnie szkoty wyganiam na pastwisko, odgradzam mały wybieg i wypijam zasłużone piwo.

Ja to jakiś pierdolnięty jestem. Z całego planu udało się tylko "piwo". Niezasłużone i wieczorem. No bo po całodziennym rajdzie w błocie po kolana, połamanych kilku kijach, otarciach od lassa, wyrwanej bramce sterującej w oborze, potarganym ogrodzeniu, udało mi się uzyskać efekt trójki szkotów plus jednego mieszańca (XXRude) na pastwisku zimowym. Sukces okraszony pogardliwym spojrzeniem szkockiej królowej i następcy tronu...

Następca, znany pod pseudonimem Mud Falcon, a przez zwykłych wieśniaków mnie podobnych zwany po prostu Zakapiorem, na okoliczność zabawy w berka przyodział się w stosowny kamuflaż: 

Jako żywo przypomina mi się Seksmisja: "Jutro też wam uciekniemy!". Cóż, XXRude utrzymuje co najmniej 20 metrową strefę bezpieczeństwa, gdy się do niej zbliżam, więc na razie o oddzieleniu muszę zapomnieć. Trzeba obmyślić jakiś fortel... 

 

W przerwie między pościgami przyjechał pan od bobrów. Przeszliśmy się po tamach. Uśredniliśmy wielkość zalanych terenów na 3,5 hektara. Może kasa z odszkodowania pozwoli dotrwać do wypłaty właściwej. A może nie.

07:35, scibor1
Link Komentarze (12) »
wtorek, 13 listopada 2012

Jakiś czas temu wpadłem na genialny pomysł przerzucenia koni na drugą stronę drogi. Plan prosty, wymagający jednakże minimum współpracy ze strony przenoszonych. Część koniowatych grzecznie przeszła zgodnie z planem, część została na drodze, więc ta pierwsza część wróciła po drugą i wspólnie ustalili, że pójdą do wsi. Przy udziale Osadźcy udało mi się im wyperswadować tą wycieczkę i w efekcie koniowate zamiast na pastwisko trafiły na plac zabaw...

Poczekałem aż zeżrą leżące na ziemi jabłka i wygoniłem całość przez szambo do wierzby, gdzie na chwilę obecną koczują.

Skoro nie ma już więcej zagrożenia ze strony niszczycieli, zasugerowałem wdrożenie "operacji piaskownica". Mile zostałem dziś zaskoczony, gdy zastałem operację niemalże ukończoną:

Została jeszcze wykończeniówka w postaci desek siedziskowych, ale te należy dopiero zakupić. Niemniej jednak główna, przyszła użytkowniczka piaskownicy, zapewne dowiedziawszy się, że samodzielne korzystanie ze wspomnianej uwarunkowane jest stosownym wzrostem i wagą, nie traci czasu...

Je srając, sra jedząc, jak kto woli. Ważne, że nie traci czasu na robienie każdej rzeczy z osobna, licząc zapewne na przyśpieszenie wzrostu na okoliczność korzystania z rzeczonej piaskownicy:)

16:26, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 listopada 2012

Zima idzie, trzeba się grzać. Żeby się grzać, trzeba mieć drewno. Najlepiej pod ręką. Wypadło w tym roku na taras:

Ot, żeby daleko nie chodzić. Gdyby to ode mnie zależało, wstawiłbym cały zapas do domu i byłoby z bańki, no ale...

Powoli kończą się zapasy zeszłorocznego drewna. Czas znaleźć czas i pojechać w las...

19:53, scibor1
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 listopada 2012

Z racji głównie ekonomicznych zaistniała potrzeba sprzedaży dwóch pojazdów z rodzinnej floty i zastąpienia ich jednym, o wspólnych dla obu parametrach. Nie leży w moim zwyczaju przygotowywać pojazdów do sprzedaży, bo jestem idealistą i wierzę, że znajdzie się kupiec rozsądny, wiedzący czego szuka. I tak na przykład mycie samochodu żeby lśnił jak psu jajca uważam za co najmniej niestosowne... I zwykle pojazdu nie udaje mi się sprzedać, bo albo nikt nie chce brudnego-dobrego, preferując czysty złom, albo zbija cenę o połowę motywując to kosztami umycia...

W związku z w/wym koniecznością tym razem oba pojazdy zostały umyte i wyczyszczone w środku. W przypadku Ładzianki efekt był - jak dla mnie - porażający, a pierwsze słowa po opuszczeniu myjni brzmiały: "o kurde, jak tu widno..."

Przy okazji widzę też rozbieżność w jakości lakieru na poszczególnych elementach, co na szczęście - dla osób rozsądnych - jest zaniedbywalnie małym szczegółem estetycznym. Dla pieniaczy chcących urwać choć złotówkę jest podstawą do wysunięcia tezy o rzekomej wypadkowej przeszłości i tym podobnych horrorach drogowych...

Mimo to zaczynam doceniać uroki jazdy czystym autem...

Drugi pojazd również został umyty:

Chyba jednak było lepiej pozostawić go brudnym, przynajmniej z zewnątrz - brud maskował ewidentne niedociągnięcia estetyczne, żeby nie powiedzieć: rdzę. O jakości lakieru (pojazd również bezwypadkowy i nie malowany) nie wspomnę. 

Podsumowując: ponieważ nie jestem w stanie skopulować tych dwóch pojazdów, aby uzyskać jeden o żądanych parametrach, sprzedam oba naraz lub pojedynczo, ewentualnie zamienię na jeden o właściwościach terenowych, dalekim zasięgu i pędzony dieslem. 

07:49, scibor1
Link Komentarze (1) »