RSS
sobota, 28 listopada 2015

... zrobiło się zimno, mokro, błotno i wogóle niesympatycznie, kurwiszony zostały przeniesione do koziarni. Natenczas przydzielony im boks zamienił się w kurwiszonarium:

Przeniesienie ich nie nastręczyło większych problemów, w zapasach błotnych brał udział Bryś i nawet trzeba było hamować jego entuzjazm. 

A potem zamkłem go na kurzym wybiegu (no bo już tam byliśmy, więc było blisko), a potem on pokazał mi słabe punkty ogrodzenia. Na razie wrócił na łańcuch, a ja w wolnej chwili naprawię co trzeba.

Jak imaginuję sobie listę rzeczy do zrobienia, to taka tęsknota za spokojnym życiem w mieście mnie nachodzi, ze hej... Ponudziłbym się trochę.

05:21, scibor1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 listopada 2015

Efektem ubocznym przenoszenia routera na strych jest kilkudniowy brak internetu. Na szczęście - lub nie - już ogarnięty. Powoli też wypisuję sobie skierowanie na odwyk. Telefon znów ma służyć głównie do telefonowania i robienia zdjęć, a nie siedzenia w kiblu na fejsie. Może nawet blog się trochę rozpędzi?

Efektem ubocznym karmienia kowiec i Altei z przyrodzeniem w postaci Kibina jest zżeranie resztek pokarmieniowych przez koniowate:

Ot, takie okno paszowe;) No i dobrze, bo... ale o tym za chwilę.

Coraz dłużej ciemno, to i młodzież ciężko przywrócić do pionu o poranku. A jak się późno wyjdzie, to się późno przyjdzie i teatrzyk to z szarego końca się ogląda:

No cóż, niebawem czerńcy napiszą na drzwiach krystowierców, że Kara+Musi+Być.

A efektem ubocznym długonocy jest zwiad Pani Zimy, który wczoraj raczył nas inwigilować:

Trzeba się ogarnąć i wzią(ś)ć za robotę, bo pewne rzeczy czekają od lata. Na zimę chyba...

06:30, scibor1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2015

Obornik wywalon, trzeba go było zaorać. O ile orka ziemi nietkniętej niczym poza końsko-bydlęcymi odnóżami to droga przez mękę...

... to teren poziemniaczany orał się bajkowo. Pewnie złożył się na to długi i wielekroć powtarzany proces regulacji pługa. Co prawda zapomniałem zupełnie technikę przejazdów, no ale w końcu z 5 lat tego nie robiłem. A jak sobie przypomniałem, że nie pamiętam, to byłem już na polu bez komputera, więc improwizowałem. W końcu to wychodzi mi najlepiej;P

05:33, scibor1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 listopada 2015

Gwoli ścisłości, "piękna katastrofa" wygląda tak:

No piękna, łabądkom się podoba.

Długo obmyśliwany i genialny w swej prostocie rygiel oborowy powinien za to zachwycić Sąsiada:

 No bo działa. Może nie jest tak skuteczny jak podparcie bramki łopatą i widłami, ale dużo mniej upierdliwy w użyciu.

Altea zechciała urodzić Kibina:

Zaoborowałem oboje, bo Kibin nie bardzo garnie się do cycka i trzeba go przypilnować. Nie ma się co przywiązywać, obowiązuje zasada siedmiu dni.

Wpadło mi okazyjnie w ręce takie oto objętościowe cudo:

 Żeby było śmieszniej - sprawne. Muszę się zastanowić, co z tym zrobić, żeby nie było, że wpadłem w syndrom gromadzenia maszyn rolniczych;)

Przedostatni w tym roku turniej o Jasia Wędrowniczka zaowocował zdobyciem... Jasia i naczynia przechodniego:

Dobry dzień na strzelanie miałem, ot i co. Ale com się nie wyspał, to moje. Bo turniej jest połączony ze spotkaniem integracyjnym. No i poszedłem spać jako pierwszy gdzieś o 2giej. Podniosłem si z łóżka gdzieś przed 7mą, spotkałem na korytarzu niezdecydowanego trenera - nie mógł się zdecydować, czy iść już spać, czy niekoniecznie. Zostawiłem go z tym dylematem i wróciłem do domu. Dzień minął intensywnie, teraz daje się we znaki niewyspanie. Desperacko uśpię się zatem Desperadosem...

17:27, scibor1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2015

Jakieś porządki jesienne się na gumnie zaczęły. W ich wyniku można już na przykład schować traktor do stodoły. Bo do traktorowni to jeszcze nie bardzo... Ważne, że na nadejście Pani Zimy jesteśmy już przygotowani:

O ile zechce ona nadejść. W sumie to im później i mniejsza, tym lepiej.

Porządki porządkami a przebudowy wnętrz oborowych to osobna, choć powiązana bajka. Dziamdziaki dostały nowe pomieszczenie wyposażone w, nazwijmy to dumnie, stół do pasz treściwych:

Jeszcze w wersji profi(zorycznej), ale działający.

Weterynarz ostatnio był, krew od kowiec pobrać. Na badanie jakoweś. Namęczyliśmy się, bo o ile owcę złapać jakoś się da, to trafić w żyłę nie zawsze. Zwłaszcza u nieostrzyżonej. Strzyżenie to ja sobie na grudzień chyba zostawię. W końcu się udało. I myślałem, że mam z bańki. Myliłem się. Dzwoni do mnie parę dni później: "powiatowy do pana jedzie, bo niebieski język wyszedł". Hmmm, no to niech jedzie. Przyjechał. O dziwo bardzo upierdliwy nie był. Jedna sztuka podejrzana. W sumie to bardziej podejrzane jest laboratorium o danie dupy, bo tej choroby na naszym terenie nie ma, ale jako że zwalczana z urzędu, pewne kroki trzeba podjąć. Znaczy badanie powtórzyć. A do czasu otrzymania wyników nie mogę nic sprzedać ani kupić. I dotyczy to nie tylko kowiec, ale wszystkich innych gatunków. Nawet, kurwa, kotów. No nic, trzeba zacisnąć zęby i czekać.

Pojechałem się odstresować na SKP, Fryzjera zalegalizować na siedmioosobowy. Najbliższą ominąłem, bo tam twierdzą, że muszę najpierw do rzeczoznawcy, a w ogóle to się nie da zrobić. W pierwszej kolejności zatem na okręgówkę do B. Diagnosta profesjonalny, stwierdził, że jestem drugą w ciągu pięciu lat osobą po popie, która chce coś takiego zrobić. I że najpierw muszę do dilera po zaświadczenie, że ten konkretnie egzemplarz wyszedł z fabryki siedmioosobowy, takie zaświadczenie to kosztuje stówę. Z tym do nich, z trzema stówami za przegląd i mnóstwo papierków i da się zrobić. Ja już widzę, że nie dość, że drogo, długo i się nie da. Podziękowałem i pojechałem na okręgówkę do W. Powiedziałem o co chodzi. Diagnosta kazał wjechać, wziął telefon, cyknął fotkę bagażnika, sprawdził całą resztę, siadł do kompa, wydrukował komplet dokumentów (tu nie było łatwo, bo drukarka walczyła z nim jakieś 20 minut...), skasował 250 zł. I już legalnie siedmioosobowym pojazdem udałem się do domu. Z przerwą na oponiarza, bo przód wymagał natychmiastowej interwencji z powodu zaawansowanej bąblowicy...

A wczoraj przyjechał po raz kolejny leśnik z ochrony środowiska na wycenę szkód bobrowych. Zaprowadziłem go nad Jezioro Będzie, gdzie uśmiechnął się i stwierdził: "Jaka piękna katastrofa":) Poprawił mi tym humor tak, że z lepszym nastawieniem wróciłem do wywalania gnoju. W końcu do tego mnie szkolono...

06:32, scibor1
Link Komentarze (1) »