RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

Sąsiad zapragnął siewnika. Ugadaliśmy się, że pojedziemy po to cudo. Dotarło do mnie, że do Szczuczyna. Jeszcze powiedział, że to jakieś 230km. Patrzę na mapę, no rzeczywiście, 240, ale tam i z powrotem. No i dobrze. Jedziemy. Tyle, że do S... cośtam. 230km. W jedną stronę. Wrrrrrr, a takie miałem piękne plany. Nieważne. Ważny kaefcing w łomżingu. Już w lepszym nastroju znajdujemy rzeczony siewnik gdzieś na obrzeżach Podlasia. Oględziny i sąsiad decyduje, że bierze. Tylko, że to bydlę jest i żeby załadować na Sprintera, trzeba klatkę zdemontować. Potem bydlaka załadować, i klatkę zamontować. Mać...

Wracamy. Powrót zgodnie z planem. Tyle, że planem B. Więc nocuję u sąsiada, bo to takie sąsiedztwo odległe o jakieś 87km. A rozładunek zostawiamy na rano, bo penisa widać.

Potem już bez przygód do domu. W domu ogarnianie po całodniowej nieobecności, na szczęście najmłodsza ogarnęła konie...

A ja w międzyczasie odpaliłem użyczony przez sąsiada parownik...

Para buch, tłuczek w ruch. I krowiszony dostały pierwszą dawkę ekodopalacza. Tak na zakończenie roku. W ramach podsumowania dołączam jeszcze małe conieco:

http://www.youtube.com/watch?v=-XStzQKLoxk&feature=youtu.be

17:28, scibor1
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 grudnia 2013

Riplej dwójki najmłodszej wczoraj się odbył. Bo nie wszyscy na pierwszej imprezie byli. W sumie dla dziecka frajda niesamowita - taka kumulacja:)

Szwagier znęcony bliskością strzelnicy kilka zabawek przywiózł. Ot, żeby w M16 kolimator ustawić. Wyrwaliśmy się zatem z chłopakami na strzelnicę póki widno. Nie powiem, zabawki ma przednie i w najlepszym gatunku...

Wyniki na tarczy to jedno, ale jak to u dużych dzieci, najbardziej cieszy destrukcja...

Popukaliśmy też z pistoletu...

... i tu byłem niepokonany: na 10 strzałów 11 miałem w tarczy:D Żeby nie psuć efektu KBKS sobie odpuściłem;)

Potem wieczorne głaskanie zabawek, normalnie jak dzieci... Hmmm, no właśnie nie. Bo dzieciaki obecne na imprezie jakoś w ogóle nie były zainteresowane kawałkami drewna, metalu i plastiku w "dorosłym" wydaniu. Może i dobrze...

05:50, scibor1
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 grudnia 2013

Chyba pierwszy raz w tym domu są święta takiego kalibru. Z rozmachem, głównie stołowym, co powoli trzeba będzie odchorować... Zapewne ta właśnie słuszna wyżerka zwabiła do nas wychudzonego Mikołaja...

Jak to Mikołaj, zanim się przebrał za człowieka, rozdał prezenty. Największą furorę zrobiła niewątpliwie marsjańska podobizna Bruna;)

Pozostało odśpiewać lazy-kolendę i świętować;)

Nazajutrz po porannej pieprzówce trzeba było się przewietrzyć, przy okazji skalpując małpiszona:

A potem żarcie, picie, swawole kinektyczne (pierwsza lekcja szermierza Jedi - nie odciąć sobie głowy) i obowiązkowy Kevin.

Dziś dzień drugi, ani chybi spokojniejszy;)

06:21, scibor1
Link Komentarze (1) »
środa, 18 grudnia 2013

Na porządki stodołowe mi się zebrało. Bo siana ubyło i można wreszcie prasę schować. Ale najpierw trzeba gdzieś rowery przestawić. Przestawić, hmmm... Młotek, duże gwoździe i parking dla jednośladów gotowy:

Wiszący rower, niekoniecznie w lesie, zajmuje mniej miejsca i nie zawraca d...łoni;)

Prasa wstawiona, no to do lasu po drzewo i choinkę. O ile z drzewem problemu nie było, o tyle choinka zrobiła się problematyczna. No bo te własne to średnio po 5m mają, wiem, że stropy mam do zwalenia ale niekoniecznie teraz. Jak się ogarnąłem z gumnianymi zajęciami, wyskoczyłem z siekierką do pobliskiego lasu, licząc, że na terenie niczyim coś uciupię.

Dupa tam... Leśnych nie ruszę, bo szkółkowe, po rowach nic nie ma. Za to widok Jeziora Będziego od drugiej strony był urzekający:

O, i na brzegu rosną choinki. Niektóre już w wodzie, więc... Tylko co tu tak nierówno? Hmmm... Twardzielem trza być, żeby o zmierzchu iść do lasu z siekierą zamiast giwery. Chyba po to mi ta siekiera, żeby wbić w drzewo i jako stopień potraktować do wspinaczki, bo kto zobaczy w lesie dzika... ten wraca szybko do chałupy, poszukiwanie drzewka na dzień następny przekładając...:)

07:29, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 grudnia 2013

Listonosz trak sobie wystrugał:

Bo mógł. Bo mu spawarkę użyczyłem, licząc po cichu na bezgotówkowe przecieranie. O dziwo, trak działa i to całkiem dobrze. Znaczy się, Listonosz potrafi. Zaangażowałem go zatem do doraźnej naprawy centralnego w chałupie, bo cieciówka od prawie roku nieczynna z braku ogrzewania, a pewnie niedługo się przyda. Przyjechał i odpalił:

...a ja w międzyczasie polewałem. Trzy kielonki później było po wszystkim:) No może prawie... bo przypomniałem sobie, że mam taką butlę 3kg, pustą praktycznie, a do lampki gazowej w razie braku prądu warto mieć zasilanie. No to przy okazji zatankowaliśmy...

Teraz to już będę zawsze miał prąd z sieci i żadnych niespodzianek nie będzie. Bo jestem przygotowany:)

20:45, scibor1
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 grudnia 2013

Wiedziony doświadczeniem dni ostatnich kilku postanowiłem się uniezależnić - w jakimś tam stopniu - od zewnętrznego źródła energii elektrycznej. W związku z moim postanowieniem wczoraj kurier dostarczył mi pudełko...

Niby trochę waży, ale nie na tyle, żeby mu dostawczaka dociążyć, więc musiałem chociaż do skrzyżowania się pofatygować i na ciągnik przeładować pudełko. Potem do domu, docelowo do kuchni żeby odtajał. Potem kilka dłuższych chwil żeby rozgryźć jak toto ma działać (z paliwem działa lepiej...). Próbny wieczorny odpał i docieranie nowego silnika. Przed domem, nie w kuchni...

Rano przerzuciłem maszynkę do garażu, gdzie przeprowadziłem testy na poziomie dwóch kilowatów...

Podobno można ponad 3, ale nie miałem pomysłu na tyle odbiorników. O dziwo, mimo, że diesel, jest cichszy od benzynowej maszynki elektryków:

http://www.youtube.com/watch?v=PICSChdnD-w&feature=youtu.be

I tak oto olej napędowy w prąd elektryczny się zamienia przy użyciu agregatu filozoficznego;)

No dobra, teraz jeszcze na potwornicę czekam, żeby mieć spokojne noce i łykendy...

15:33, scibor1
Link Komentarze (4) »

Najmłodszej dwójka stuknęła. Skoro dwójka, to trzeba będzie dwie imprezy zrobić;) Pierwsza za nami:

Obie jubilatki dzielnie zniosły imprezę, ja zresztą też... Teraz przerwa na święta, potem druga dwójka, potem nowyrok, potem... się zobaczy.

15:19, scibor1
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 grudnia 2013

No więc tak... Wczoraj cały dzień na agregacie. Do 21:30, kiedy to zlitowałem się i kazałem maszynkę uciszyć i zabierać się benzynowemu do domu. Jednocześnie zastrzegłem, żeby mi nikt przed 10tą się nie pojawiał, bo do lasu jadę...

I pojechałem. Już o 8mej miałem odpalony traktor i wizję konieczności powrotu na tą 10tą. Czyli nie do lasu, a do Końskiego Jaru się wybrałem:

Pogoda dopisała, urobek rozsądny, wróciłem o normalnej godzinie. Przyjechał kolejny benzynowy, wytaszczyliśmy maszynkę i znów na agregacie. Nie pamiętam co robiłem przez cały dzień, ale było intensywnie. Momentami nawet za intensywnie, jak krowiszony postanowiły porozrabiać. Aaaaa tam, nawet mi się nie chce o tym pisać. Wieczorem zjawiła się kolejna ekipa energetyków, wypięli mi maszynkę spod licznika i wpięli na zewnątrz, bo zagroziłem, że nie będę tu siedział w nieskończoność. Widocznie przekazali tę informację słupowym (wczoraj słupowi ukręcili sobie przekładnię w dźwigu, dziś ukręcili cały samochód...), bo cztery z pięciu obalonych słupów już zrobili, został ten pęknięty/stojący - i warunkowo, na noc, puścili normalny prąd z sieci. Czyli do rana mam niehałaśliwe zasilanie. Rano mają znowu odłączyć i zapiąć maszynkę, ale nie zamierzam się temu przyglądać - impreza czeka;P

Pewnie jak wrócę to już będzie wszystko zrobione na cacy - utwierdzę się wtedy w przekonaniu, że jak coś nawali, to trzeba iść się nawalić żeby się odwaliło;)))

20:59, scibor1
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 grudnia 2013

Dawno, dawno temu, ludzie nie mieli prądu. I żyli. Czasem Matka Natura przypomina nam te czasy, na przykład kładąc linie energetyczne na kolana:

...bądź przetrącając im stosy pacierzowe:

No i nie ma prądu. A człowiek sto kilometrów od domu dziwuje się, że kamery nie działają:/

No cóż, skoro kiedyś tak żyli, to i teraz się powinno dać. Póki widno ogarnąłem zwierzyniec, przepiąłem pastucha żeby całość szła z akumulatora i osiadłem w chałupie. Żeby nie było ciemno, trzeba skorzystać z latarki, świeczki tudzież gazowego kandelabru:

Ba, nawet czytać przy tym można:) Ale ileż można - ważne to napalić w ostatnim kaflowym, zamknąć się tam i przeczekać do rana...

Rano do dzieła. Ponieważ pogotowie energetyczne w niedzielę chyba miało wolne, od rana zawisłem na telefonie. Jak już po kilkudziesięciu minutach oczekiwania (i bicia rachunku) odebrała jakaś pańcia, która to usłyszawszy skąd jestem i jaki jest problem po prostu... rozłączyła się. Nosz... no to dzwonię do gościa, co to numer zostawił, żeby mu stan licznika podać. Mętnie się tłumaczył, że on nie od tego, a ta pańcia z pogotowia to tak specjalnie, bo jakby przyjęła zgłoszenie to musiała by podać termin usunięcia awarii, pobredził trochę i kazał zadzwonić na 992. Dzwonię, a to pogotowie gazowe. Hmmm, no to na 991. Tu już lepiej, ale przez pół godziny słuchałem, że to właściwe pogotowie i rozmowa jest nagrywana. W końcu stwierdziłem, że mogę tego posłuchać wieczorem. No to do dzieła, ale innego. Najpierw przepiąć ogrodzenia na bliższy akumulator, nakarmić, napalić. I wysuszyć co mokre:

Z racji braku sił na odśnieżanie ograniczyłem się do odpalenia traktora i rozjeżdżenia śniegu na gumnie i podjeździe. A jak już miałem traktor odpalony, to trzeba wykorzystać ten fakt do podładowania akumulatorów:

I jak tak sobie planowałem co by tu jeszcze, nadjechała kawaleria. Znaczy się pogotowie energetyczne. Z krótką i zwięzłą informacją, że jest "nie jest dobrze". Znaczy się przejebane... Bo owszem, słupy stawiają, ale teoretycznie, bo praktycznie to próbują wyciągnąć sprzęt który zakopali w śniegu jak do tych słupów próbowali dojechać. I kto tu jeszcze prądu potrzebuje. No niby tylko ja... Acha, no to zara wrócą, ale jakby co to żebym ciągnikiem agregat pomógł wciągnąć. W sumie obeszło się bez pomocy. Maszyna ustawiona przed domem generuje co ma generować czy tam agregować:

Korzystając z wolnej chwili obszedłem ogrodzenia, szukając uciekającego prądu. Oczywiście znalazłem tam gdzie zawsze - na samym końcu sprawdzanego kawałka. Przy okazji stwierdziłem, że koniowate to mnie już nie poznają...

Zero współpracy. A niech tam, mam inne rzeczy na głowie (na przykład latarkę-cyklopa), niż je przekonywać, że ja to ja.

Kilka godzin później wpadła ENERGiczna Panda - zamiast informacji, że prąd naprawiony przywieźli 40 litrów benzyny do agregatu. Znaczy się: "nie jest dobrze". Ustaliliśmy, że do świąt naprawią, ale jeszcze ustalamy do których. E tam, kiedyś ludzie żyli bez prądu i dało się. To i teraz się da, bo ani energetykom ani mnie nie chce się siedzieć i pilnować maszynki do robienia prądu przez całą noc. Byle do jutra...

17:16, scibor1
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 grudnia 2013

Przedwczoraj natchnęło mnie na pozbieranie wegetującego na pastwisku drewna. Pomysł z przetrzymaniem go tam był zacny, bo jak wiadomo powszechnie, o czym na własnej skórze przekonał się niejaki Gamil, drewno nieokorowane pali się marnie. Natomiast jeśli wyzbędziemy się pośpiechu, Matka Natura przy udziale koniowatych przygotuje nam polana do palenia:

W sumie niezły pomysł: niech kbobry ścinają a koniowate korują, będzie bardziej eko. Tfu...

Matka Natura postanowiła odpocząć i zawezwała Panią Zimę, by przejęła władzę nad światem:

Wyjątkowo Pani Zimie towarzyszył w tym roku Wiatr, co zaowocowało powaloną brzozą w linii ogrodzenia. Inne linie też musiały oberwać, bo przez kilka godzin miałem w domu świetlną dyskotekę. Poranek po zabawie nadal wietrzny, biały, ale zwierzaki jakoś nie ucierpiały. Może trochę ucierpiało wnętrze obory, bynajmniej nie od warunków pogodowych, jeno od niesnasek wewnętrznych. Ogarnąłem prowizorycznie (czyli na lata) i dumny ze swej przenikliwości objawionej załadowaniem wspomnianego drewna dzień wcześniej, udałem się na wyprawę do drugiego domu. Ślisko. Wieje. Polówka załadowana po uszy, fajnie, bo dociążona. Źle, że z tyłu, co przy przednim napędzie i sterowaniu owocowało meandrowaniem po drodze. Coby ten meander ukrócić 50tki przekraczać nie należało. Leżało się za to innym po rowach, bo Pani Zima postanowiła im zasady swoje odświeżyć:

No żeby to oszołom w nowym, obsranym elektroniką zwalniającą z myślenia samochodzie to bym zrozumiał, bo takowi przez ten brak myślenia i zaufanie do rzeczonej elektroniki siłą rzeczy skazani są na wymarcie. Ale to przemytniczy Passat pocałował się z jakimś VANem i najpierw poleżał w rowie, a potem załoga na noszach. Nie ma litości dla braku myślenia za kółkiem, niezależnie jak inteligentnym pojazdem się jedzie. Policja życzliwie poinformowała nas, że możemy sobie albo zawrócić, albo popatrzeć przez godzinkę co najmniej. Zawróciłem i wybrałem inna drogę. Już bez przygód (no może z wątpliwym sukcesem wyprzedzenia polówką beemki, której kierownik wyraźnie nie czuł się na siłach jechać szybciej niż 20) dotarłem na miejsce. Trasa robiona zwykle w 1:40 tym razem zajęła mi 4:10 i odświeżyła pamięć, jaka to Pani Zima jest fajna:)

08:12, scibor1
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2