RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Nadchodzi czas warzyw. I innych truskawek. Zanim się toto jednak posadzi albo posieje, trzeba okiełznać kurwiszony. No łażą i grzebią. Jużem był w trakcie podnoszenia woliery, gdy podsunięto mi myśl zacną na upitoleniu opierzenia polegającą. Dla pewności wyczytałem w internecie, że potrzebne do tego są nożyczki i kura. O ile z kurą nie było problemu, o tyle nożyczki zastąpiłem sekatorem. No i amputacja:

Ale albo za mało upitoliłem, albo kurwiszony są nad podziw lotne, bo efekt mizerny - dalej srają po całym gumnie. Chyba trzeba tę wolierę skończyć...

Jako że sporo osób narzeka na wjazd na gumno - dziwne, że nie narzekają na poślednie zawieszenia swych rydwanów - zagoniłem młodego do zasypania żwirem co większych nierówności...

Jaki będzie efekt, zobaczymy. Bo efekt uzupełniania brakujących kolczyków był... imponujący:) Udało się wybrakowańców biżuteryjnych umieścić w oborze, gdzie siłom i godnościom osobistom powtykaliśmy im co nieco do uszu...

Nastało wsiowe odprężenie, a żeby nie zostało na zawsze to sprężyliśmy mieszankę paliwowo-powietrzną i młody wykonał swój pierwszy w życiu rajd po parku:

Ciulowo się jeździ, bo trawa tu wysoka, stoję, patrzę, dumam - owce by się przydały. Zadzwonił telefon... Chwilę potem zapakowaliśmy się do Sprintera i pognaliśmy po te... kowce, no bo u mnie to wszystko na k...

No bo za łatwo było do tej pory, trza dołożyć do obory...

Właściwie to do koziarni, a teraz pewnie owczarni. Przybyły nam wielkokalibrowe szarolezy. Odetchnąłem, ale zaraz naszła mnie motywacja do robienia tej woliery. Czyli trzeba teren pod ogródek przygotować:

Potem przebronować, ogarnąć, obsiać i kury udupić. We wolierze która nastanie niebawem. A jeszcze mi tak te kowce po głowie chodziły, że przecież trzeba by to jakoś pozabijać jak przyjdzie czas. No ze spluwy to bez sensu, bo się jeszcze wełna przyjara. Kropnąłbym z łuku, ale ostatnimi strzałami to sąsiad sobie stodołę rozwalał... Hmmm... zajechał listonosz. Paczuszka. Mmmmmm, Easton Gamegetter:) Takiego wypasu to ja od czternastu lat nie widziałem:)

Nosz przecież nie odpuszczę, wypróbować trzeba. Kowcy nie kropnę,niech się najpierw rozmnożą. A kropnę se na wiwat. Ostatni taki strzał to z osiem lat temu był, poszedł na 150 metrów. Ale teraz podciągnąłem naciąg na maksa i sruuuu... Zajefajne uczucie, jak widzisz strzałę szybującą w kosmos... Trochę połaziliśmy po pastwisku (żaden krowiszon nie ucierpiał), ale w końcu znaleźliśmy:

280 metrów dalej, ha!

A jutro sądowo, adwokatowo i agencyjnie. Idę spać.

23:18, scibor1
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 kwietnia 2014

Czasem w trakcie nieustających wakacji znajdzie się chwila na relaks i prawdziwe wieśniackie śniadanie:

Nic co dobre nie trwa wiecznie. Dotyczy to również treningu strzeleckiego:

 Po trafieniu przeciwnika z dystansu można dobić go z bliska:

 Oprócz szkolenia z zakresu mordu przeprowadzane są też szkolenia z zakresu porządkowo-perspektywicznego:

 No bo uporządkowanie pozostałości ze starego ogrodzenia jest połączone z perspektywą pozyskania drewna rozpałkowego na... na długo:) Żeby urozmaicić trening można wybrać się w plener ze szpadlem i pozyskać sadzonki drewna opałowego:

Już za kilka lat będzie można owe brzozy puścić z dymem - o ile się przyjmą.

Kontynuując szkolenie militarne wprowadziliśmy kompilację marynistycznego karmienia tego co kiedyś zjemy tym co zawadzało nam w stodole. Program wzbogacono o elementy akustyki ciągnikowej w postaci dźwiękiem sterowanego podajnika "min" prokrowich. Fragment szkolenia pod poniższym linkiem:

https://www.youtube.com/watch?v=YFrQDFlRX2U&feature=youtu.be

Dziś w planie przygotowanie ciągu komunikacyjnego i zupełnie z tym niezwiązane uziemianie kurwiszonów.

10:26, scibor1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014

No dobra, czas uginających się stołów za nami. Jeszcze zostało nam trochę "resztek", którymi będziemy się żywić pewnie z miesiąc, a potem co najwyżej trzeba będzie stwierdzić, że jesteśmy za niscy do aktualnej wagi ciała i trzeba, hmmm, urosnąć;)

Zdumiewający jest dobry kontakt Młodego z Najmłodszą. I nie tylko. Jakoś tak nieobecność rodzeństwa wpływa kojąco na relacje rodzinne...

I ja  miałem okazję pooswajać Najmłodszą z "ryczącym potworem":

Co prawda na bezdechu, ale zawsze. Potwór chyba przyzwyczaił się do bezdechu i zaraził tym pięknych czterdziestoletnich...

Bo żeby odpalić napchali się do utraty tchu, a i tak potwór zwyciężył biernością;))) Bo pewnie ma wbudowany alkomat... Żeby nie było - każden z zainteresowanych wcześniej rundkę zaliczył, póki w naczyniach krew przeważała;)

Ogólnie święta przepukane, głównie do stodoły:

Najpierw do tarcz, a gdy wzrok się rozmywał wraz z upływem procentów przepłukujących gardziele, przeszliśmy na poalkoholowe puszki. Efekt nieomal nuklearny: aluminium wzbogacone ołowiem;P

No i dobra - teraz można brać się z zwykłą codzienność. Chociaż jak ogólnie wiadomo - ponudziłbym się trochę...

06:33, scibor1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2014

Wyprawiłem się po Młodego, który ma dwa tygodnie wolnego od szkoły. Jako że plan podróży był nieco zmodyfikowany, wykorzystałem okazję luki czasowej i bliskości granicy innej niż zwykle...

Przekracza się szybciej niż tą na północy, bez zbędnych procedur i łapówek, ale kupuje się podobnie - to co w naszym genialnym kraju jest niedostępne...

Uzbroiwszy się, głównie w cierpliwość, ale proszę mnie traktować dosłownie (;)), udałem się do dzieciaków. Wymiętosiliśmy się nieco...

... i zapakowałem się z Młodym do Polówki i rura na północ. Z planowym postojem przeznaczonym głównie na wizytę u jednego z nielicznych dentystów mających pojęcie o tym czym jest ich zawód:

No bo i ja miałem sprawę, i Młody jest dość mocno zaniedbany w kwestii uzębienia, ale czego spodziewać się po czyimś braku wyobraźni. Przeleczywszy się częściowo ruszyliśmy ze spuchniętymi paszczami już bezpośrednio do majątku, gdzie wpasowaliśmy się w wir przedświątecznych porządków. Najmłodsza była tak zachwycona przybyciem Młodego, że nawet pomagała mu taszczyć co większe elementy drewniane:

Kończymy właśnie wędzenie różnych dobrych rzeczy, a od jutra obchodzimy katolicka wersję Jarego Święta;)

20:57, scibor1
Link Komentarze (2) »
środa, 09 kwietnia 2014

Żyję, żyję. Ledwo, choć już lepiej. Jakaś przeziębieniówka przetoczyła się przez rodzinkę, rozrzucając przy okazji meble tu i ówdzie. I o ile choroba pozostawiła po sobie jakieś kaszlnięcia od czasu do czasu, to ruchy meblowo-domowe trwają.

Niemniej jednak znajdzie się chwila na inne zajęcia. Na przykład na łatanie zbiornika w polówce, bo nowy kosztowny jest, a zapadła decyzja o nieprzeinwestowaniu pojazdu na okoliczność potencjalnej sprzedaży. Zawitałem więc wieczorem do listonosza, żeby polutować to cudo profesjonalnie albo fachowo. Co ciekawe, załatanie jednej dziury powodowało ujawnienie się kolejnej i z prostej stosunkowo roboty na kwadrans zrobiło się kilka godzin okraszonych uzyskaniem przez zbiornik statusu kaczuszki...

Dobra, miał to rano zamalować na czarno i dziś zakładamy.

Jako że padało od rana, żeby nie tkwić bez sensu przed kompem zająłem się przywracaniem traktorowni statusu pomieszczenia w którym można garażować traktor. Niby proste, ale... Ale trwało i sporo rzeczy poszło na pierwszy - dzisiaj - ogień. Właściwie to w ogień. Zapał od ognia który mi się udzielił zaowocował odnalezieniem zaginionej kilka lat temu pompy wtryskowej do traktora. A pomstowałem niesłusznie na operatora wideł, że na złom wywiózł... Poświęciłem zatem wiadro ropy (tzn. i wiadro, i ropę) na przywrócenie blasku jak by nie było nowej, i w dodatku po niepotrzebnym serwisie, zakurzonej pompie:

No, jak się człowiek czasem za porządki weźmie, to i z pół tysiąca zaoszczędzi...

A tytuł? No bo wczoraj do późna wspominki z północy mnie naszły...

15:10, scibor1
Link Komentarze (4) »