RSS
czwartek, 29 maja 2014

Ostatnia wizyta w odeerze, mająca na celu osiągnięcie świetlanej przyszłości, na razie osiągnęła kolejną wizytówkę tej jakże zacnej instytucji:

Rzecz jasna, wizytówka znajdowała się w jedynym słusznym miejscu, przez niektórych zwanym "świątynią dumania"... Zobaczymy, co osiągniemy dzięki tej wizycie...

Z pomniejszych osiągnięć, tym razem moich osobistych, było wyrzezanie takiego oto sprzętu do usportowiania najmłodszej latorośli:

Dumnym z tego dzieła, a właściwie "działa", że hej. Od razu przystąpiliśmy do sprawdzania możliwości najmłodszej. Przyczajona w kuchni jest w stanie ubić krzesło w jadalni... Groza pomyśleć, co będzie jak do bloczka się dorwie. na razie jednak zmęczona osiągnięciami padła snem popołudniowym...

Nic, napaliwszy w piecu, bo pogoda iście niemajowa, trzeba szykować się do wieczornej, powieczerzanej kąpieli, a potem do tego typka, co klapnięte łóżko miał...

19:56, scibor1
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 maja 2014

Spokojnej podróży, Generale...

19:53, scibor1
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 maja 2014

Jak to zwykle w maju, pogoda zachwyca. Ale chyba tylko letników i posiadaczy pras rolujących. Kiedyś obiecywałem sobie, że będę kosił w maju, ale wychodzi jak zwykle. Poczekam na czerwcowe deszcze.

Z braku lepszego pomysłu postanowiłem krowiszony wpuścić na czwórkę. Przedtem jednak trzeba sprawdzić co się dzieje w Końskim Jarze. Ano dzieje się...

Inżynier Kastor zarządził podniesienie tamy o pół metra. Dzięki temu rozlewisko pochłonęło kolejną porcję Jaru i przy okazji dolny drut pastucha zaczął udawać drętwę. Zmodyfikowałem ogrodzenie na tą okoliczność i dałem krowiszonom pole do popisu. Albo raczej popasu:

Niech się cieszą. To było wczoraj. Teraz ich nie widać, więc trzeba iść sprawdzić, czy są w Jarze, czy gdzieś dalej w Polsce.

06:48, scibor1
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 maja 2014

Poranna wyprawa planowana na 8:00 rozpoczęła się z opóźnieniem. Jakieś 22 minuty. Ale już po 4 godzinach i 40 minutach zachowawczej jazdy zaparkowałem pod celem nr 1 rzeczonej wyprawy:

Godzinka relaksu na fotelu dentystycznym i znów jestem na bieżąco. No to jedziemy dalej. Teraz odebrać zamówione medykamenta...

Nazwa drastycznie serialowa, bo Wal Basen kojarzy mi się z parkingówką wykonaną na moim samochodzie przez niejaką Hannę Śleszyńską. Ale to dawno było, nie ma co roztrząsać. Trzeba było się pozbierać i przez sparaliżowane popołudniem drogi przedrzeć się na drugi koniec Wawki, ot tak, z ciekawości... co oni tam fajnego mają:

No oprócz wielu rzeczy mają wspomniany już łuk bloczkowy dla niemowląt;) Przy okazji dostałem instruktaż jak nie robić sobie wybroczyn i ustaliłem kwestie serwisowe - na przyszłość, bo chwilowo to się zaczynam nad chwilówką półroczną zastanawiać... Ale nic to, w drogę. Jak już tu jestem i zbliża się rocznica, to zajadę pogadać. Zajechałem i sobie pogadałem...

Ech, życie. I śmierć. Ale żeby żyć, trza... jeść:

W pierwszej chwili myślałem, że zamknięte, taka pustka. Jednak nie obszedłem się smakiem;) A po kolacji dalej w drogę, zdecydowanie wolniej i spokojniej, bo jakby klocki hamulcowe się skończyły. Pośmiałem się w duchu z czyjegoś spostrzeżenia, że najlepiej z wyjazdów zapamiętasz te, kiedy się zgubisz lub coś się spier..li:) Święto prawdo;)

Na gumno zajechałem o 22:00, uzyskawszy na wspomnianym w temacie dystansie wynik 4,85l/100km. Nie jest źle:) Idę spać z kratownicą podszewki odciśniętą na dupie...

23:19, scibor1
Link Komentarze (4) »

Ziarno zasiane:

Młoda co prawda dopiero raczkuje w temacie, ale niech się oswaja. Może uniknie takich kontuzji jak moje...

No bo jak się nie umie stawiać baniek samemu sobie, to można sobie samemu zrobić wybroczyny cięciwą:D A na poważnie zanim się nauczę łuk trzymać (a właściwie to "nietrzymać"), to trzeba się przeprosić z ochraniaczem jakimś...

Zajebisty łuk bloczkowy dla niemowląt dziś widziałem:DDD

23:03, scibor1
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 maja 2014

Przywiało wczoraj Colina ze Zdzisławem. Żeby nie błądzili zgarnąłem ich z Lidzbarga - no w końcu zawsze to okazja żeby się przejechać:) Przywiodłem gości na gumno...

...i zabraliśmy się za biesiadowanie. A potem za kowce. A potem za zwiedzanie krowiszonów i koniowatych w towarzystwie Eduarda. Widok Colina porozumiewającego się z Eduardem na środku intervillage janikowskiej - bezcenny. Gadaliśmy do względnego późna i to o dziwo przy jednym piwie na trzech. Znaczy moim, bo goście niepijący w trasie. To i mnie nie wypadało się sponiewierać.

Nazajutrz śniadanie i jakoś mnie naszło żeby ich odeskortować na... cmentarz;)

No bo Colin wyhaczył imprezę upamiętniającą brytyjskich żołnierzy z IWŚ pochowanych na War Cemetery koło Lidzbarga. UE też ich upamiętniła, zamawiając nowe nagrobki... w Belgii:/

No bo niby dlaczego miała by dać zarobić polskim rzemieślnikom?

Na rozpoczęcie imprezy nie czekałem, pożegnaliśmy się i ja do agencji, goście na zamek.

Przy okazji wyszło, jakie to szyszki motocyklowego świata mnie odwiedziły, ale zostawię to dla siebie;)

Gloria victis!

18:56, scibor1
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 maja 2014

Trwają ruchy przeprowadzkowo-porządkowe. Czasem natrafiam na drobny problem logistyczny, którego nie jestem w stanie rozwiązać ani siłom, ani godnościom. Osobistom. I jeszcze miarka złośliwie pokazuje, że dana rzecz prawie się mieści. A prawie, jak wiadomo... wymaga interwencji szlifierki kątowej:

No i co, dało się?:))) Wszak lepiej pociąć stare okno i mieć wentylację na lato, niż nowe łóżko i spawać wewnątrz.

Sąsiedzi zaordynowali przemyt antyków. O ich autentycznej antyczności świadczyć mogą choćby ryty naskalne...

Ani chybi powstały w epoce kamienia gładzonego, gdyż takowego używaliśmy do rozbiórki antycznej szafy. Powrót załadowanym Sprinterem (sprawnym*;)) po drogach z epoki:

Ot, kolejna przygoda zaliczona.

Potem powrót do domu. Ponieważ jest względny spokój, można po obrządku palnąć kilka salw. A ile radości daje łażenie po pastwisku z piwem w garści i szukanie zaginionych pod darnią pocisków... W desperacji chciałem do sąsiada dzwonić, żeby na odsiecz z wykrywaczem przybył, ale, jak to mawiali starożytni, in piwo veritas. I tak oto odkryłem, że jestem od dawna w posiadaniu arrowfinder'a:

To jeszcze któregoś dnia na Paprocin skoczę, bo gdzieś dwa Gamegetter'y posiałem...

Potem wieczorne przemeblowania, a dziś poranne sprzątania, bo turyści się na noc zapowiedzieli.

No i na dobry początek dnia mój absolutny faworyt Eurowizji:

https://www.youtube.com/watch?v=kjWG0oNpWog

Bo to, co wygrało, to tylko "trzepnąć szmatą, zanim złoży jaja";)

 

_____________________

*- ewolucja stanu technicznego Sprintera:

Rok temu:

Ja: Dzień dobry, chciałem zrobić przegląd...

Diagnosta: W tym niesprawnym pojeździe???8O

Wczoraj:

Ja: Dzień dobry, chciałem zrobić przegląd...

Diagnosta: O Jezu...

09:46, scibor1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 maja 2014

Naszło mnie na wspominki z novartisowej piwnicy. Bo tak samemu na wiwat to jakoś marnie. Warto skonsultować swój brak techniki z zawodowcami. Wprosiłem się więc na sobotni trening i zacząłem od podziwiania parku maszyn...

Tja. Technika cichego mordu z dystansu jest mocno zaawansowana, nawet jeśli dotyczy najstarszej broni miotającej znanej człowiekowi. Ba, są człowieki, które potrafią razić cele na odległość co prawda mniejszą od wiwatowej, ale i tak na granicy skutecznego zasięgu WBP.

Dystanse na treningu to 30, 50, 70 i 90 metrów. Żeby w najdalszy wsadzić strzałę w sam środek bez optyki to trza umić. A co pół tuzina salw wycieczka po strzały połączona z komentarzami na tematy... różne;)

No dobra, następnym razem mam przyjechać uzbrojony.

A tymczasem na gumnie trwa walka z Naturą:

Bo się tak majowo i ogródkowo zrobiło, że trzeba coś posiać czy posadzić.

Opis wewnątrzoborowej walki o odrobaczenie krowiszonów pominę, że względu na ból zmiażdżonego bykiem palca. Na razie jest 12:10 dla krowiszonów. Ale wojna trwa...

08:17, scibor1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 maja 2014

Ekspedycja na południe odbyła się z planowym postojem u Paliów. Późno zajechaliśmy, więc pogadaliśmy trochę rano - przy tarasowym śniadaniu:

Emocje jak w pikniku pod wiszącą skałą czy cuś... Potem już bez przerw do rozkopanych i zakorkowanych Tychów, gdzie na chwilę wyrwaliśmy Młodą na lody:

Pożegnaliśmy się z moimi dzieciakami, które nazajutrz miały wyjeżdżać do Wiednia i ulokowaliśmy się u Siostry i Szwagra w S. Trochę tak dziwnie oglądać swój dom rodzinny z innego podwórka...

No ale czasy (i ludzie) się zmieniają. Nazajutrz, przed wypadem do Krakowa, jeszcze udało się prababci wkupić w łaski prawnuczki;)

No a potem... Kraków:

Z racji długiego weekendu miasto przeludnione bardziej niż zwykle, ciulowo oznakowane i ogólnie bez fajerwerków. Co nie znaczy, że nie było miłych niespodzianek, jak na przykład odkrycie posągu Świętowita tuż obok zamku:

Generalnie plan obejmował - oprócz typowych atrakcji - odnalezienie "muzeum tortur". Najpierw jednak trafiliśmy do afrykańskiej dżungli gdzie królował Attacus atlas:

Nasyciwszy się ciężką atmosferą owadziego królestwa postanowiliśmy poszukać wytchnienia w jakimś przytulnym lokalu...

No ale byliśmy z dziećmi, byliśmy trzeźwi i byliśmy zbyt biedni już przed wejściem... Dlatego przy kawie w zupełnie innym miejscu pozostało mi pomstować do wtóru Jackowi Wóycickiemu na to "muzeum tortur", które okazało się wystawą czasową sprzed kilku lat...

Kolejny nocleg w S. i już jednym ciągiem powrót do majątku. No z dwoma przerwami, jedną obowiązkowo w KFC i drugą na kawie ze zjeżdżalnią:

Na gumno wjechaliśmy na tyle wcześnie, by ponabijać się z "gołych" kowiec:

oraz nacieszyć nowym lokatorem pastwiska:

Jeszcze nie widziałem, jak toto sika, więc nie wiem, czy to Józia, Józwa czy inny Jurand...

13:20, scibor1
Link Komentarze (2) »

Końcówka obozu karnego młodego zbiegła się z kilkoma nietypowymi zdarzeniami. Jak na przykład moja pierwsza samodzielna sprawa sądowa...

No bo ja mogę wiele zrozumieć, ale nie lubię jak ktoś sobie ze mną w kulki leci. Dzierżawca dostał wyrok zaoczny, jak się uprawomocni to bawimy się dalej. A jak mi się spodoba to mam jeszcze kilka propozycji dla sądów...

Kowce lecą sobie w... jajka:

Czyżby kury stały się zbędne?

Młody pod koniec zesłania dostał trochę luzu i Krzyżaków kończył nad stawem:

Tym razem Krzyżacy byli górą...

Ostatni dzień zesłania był jednocześnie ostatnim dniem Mamuny na naszym terytorium:

Dobry krowiszon był, teraz będzie rodzić dla kogo innego. Ważne, że geny pozostały w zagrodzie:)

No a potem pojechaliśmy na południe...

11:53, scibor1
Link Dodaj komentarz »