RSS
poniedziałek, 23 czerwca 2014

Tak szczerze mówiąc, to chce mi się pisać jak szanownym Abonentom komentować. No bo jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie i Fidel rządzi. Albo i nie, bo polityka to rzecz która mi lotto. I wygrać nie mogę... Ale jak dojdę do władzy, do będzie jak z tym kapralem z Fletu z mandragory. Na szczęście nigdzie się nie wybieram.

Ale do rzeczy. Sianokosy jakoś idą, na razie jakiś czterocyfrowy wynik. Chwilowa przerwa gdzieś do lipca, bo na głowie przeprowadzka ostateczna i niewykluczone, że kolejny blog, taki na bardziej aktualnych zasadach. Bo życie będzie wyglądać zupełnie inaczej. Jak przez okno...

A bo ostatnio się trochę pływało, imprezowało na wodzie i pod... namiotem, a nie zanosi się, żeby ten ciąg imprezowy miał zwolnić. Tylko czasem jakieś niespoździanki jak się podgląd gumna odpali, i nie widać kowiec na kamerce. Znaczy tam, gdzie być powinny. Bo na drugiej taka biała smuga "w te i we w te". Znaczy się, wylazła, i wrócić nie może, no to trzeba interweniować. Dzwonię do Listonosza i mówię, że trza interweniować (trza, bo on ma blisko, u mnie by było trzeba, bo mam 90km). No może interweniować, ale za jakieś dwie godziny. Shit, fuck i jeszcze kilka innych, bo nic mnie tak nie wknia, jak ludzie co w niedzielę zamiast siedzieć na dupach przed tv włóczą się po okolicznych kościołach czy cuś. No to w samochód i rajd ratunkowy. 64 minuty później wziąłem się za opanowywanie sytuacji i zagoniłem kowce na plac zabaw, który co prawda jest goły jeśli o żarcie chodzi, ale ogrodzony i na wyjeździe człowiek spokojnie może w kamerkę patrzeć, bo nic się nie dzieje. No dobra, królikom jeść i zobaczmy co u krowiszonów. Ano ostatnia z ladacznic króla Apisa dziwnie wynędzniała, chuda, marna i łożysko spod ogona jej zwisa. I łazi bez sensu po pastwisku. Znaczy się, urodziła. Szukam potomka, po kilkunastu minutach, dzięki chmarze much odnajduję Unkasa:

Hmmm, coś marny, dał sobie nogę podnieść i płeć sprawdzić. Może dlatego, że facet, bo dziewuchy to są świrnięte. Poszedłem na drugi koniec pastwiska drut sprawdzić, bo cośkolwiek potargany nie wiedzieć czemu. Naprawiłem, a tu kica czarny, świeży gelaufen. Czyżby bliźniaki? Wracam do unkasowego leża, a tam pusto. Znaczy się nie bliżniaki, tylko pałera nabrał po kontakcie ze mną i mamy szuka. Jako, że w kontakcie z rodzicielką brała udział zbyt duża ilość ciotek i kuzynostwa wszelakiego, wziąłem matkę na sznur i oganiając się od chmary krowiszonów ciekawskich poczekałem, aż młodzian obciągnie dwie ćwiartki siary. A potem niech sobie radzi sam. Wcześniej czy później trafi na swego Maguę...

Ciężki tydzień mnie czeka. Za to potem, mmmm, sielanka;)

07:21, scibor1
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 czerwca 2014

I znowu, jak co roku, sianokosy. Pierwej jednak trzeba ocknąć traktor, najlepiej na ostro. Zagroziłem mu przeróbką na klomb do czili:

Nie chciał, czili do roboty. Jakoś tak w afekcie zapomniałem, że znów walczę z sianem sam i nieopatrznie wykorzystałem zacną aurę. Czili samodzielnie zrobiłem Topole...

Teraz już poukładane, no może ze 20 kostek zostało, bo sił nie stało. Bo jakoś te kostki w tym roku i większe, i cięższe. I o dziwo - suche, a to u mnie rzadkość. Na drugi dzień mój organizm poinformował mnie, że jeszcze jeden taki numer i to będą ostatnie samodzielne sianokosy, bo on więcej udziału w tym projekcie nie bierze. Uspokoiłem go i zabrałem na rekonwalescencję...

Zawsze znajdzie się jakaś droga, którą jeszcze nie jechałem. I mnie podkusi:) Jak zwykle...;)

08:33, scibor1
Link Dodaj komentarz »

Nastał czas wycieczek. Na początek do Wolnego Miasta, w celu uzupełnienia w organizmie poziomu hałasu. Po drodze mniej lub bardziej planowany postój, na którym zostałem, jako zwykły wieśniak z wyboru, zaskoczony postępem, hmmm, humanistycznym:

Ostatni raz tak dziwowałem się wieszakom na kaski w miejscu, gdzie kierowcy TIRów... no wiadomo, z tymi batonikami po 3zł.

Ale zaskoczeń nie koniec. Zaskoczyła mnie gościnność sali tanecznej, a właściwie biesiadnej, bo tańczyły tylko transformatory...

My w komorze gościnnej głównie... żarliśmy, bo jedzeniem tego nazwać nie sposób.

No i obiecana dawka popołudniowego hałasu:

Myślałem, że gdy Polacy zremisowali 15:15, skończyła się skala decybeli. Ale okazało się, że jest jeszcze rezerwowa, którą uruchomiono przy 18:15;))) I albo głośniej już nie było, albo słuch odmówił mi posłuszeństwa. Rezultat końcowy w temacie:)

08:33, scibor1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 czerwca 2014

Jakieś 9 miesięcy temu abdykował Król Apis. No niecałe, bo ostatnia z nałożnic jeszcze się nie rozwiązała, ale wygląda jakby miała to zrobić lada chwila. Jako, że to i tak mezalians, bastard tronu nie obejmie. Chwilowo władzę na pastwisku dzierży Królowa Milka, ale...

No właśnie. W Przyrodzie nic nie ginie. Może dlatego Apis musiał odejść, by ustąpić miejsca swej imienniczce. Oto ona: Królowa Apis Mellifera i jej świta:

No dobra, królowej jest Mela, bo całe jej towarzystwo też się tak nazywa. Powyżej jeszcze w rojnicy, a poniżej już w... karocy do miejsca przeznaczenia:

Powoli i ostrożnie, żeby jejmości nie urazić, a wojska nie rozjuszyć, dotarliśmy do naszego królestwa. Niebieski jest co prawda tylko pałac, ale zawsze coś;)

Lokalizowanie pałacu odbyło się o północy, w ciszy i spokoju. Zdjęcia już poranne, jeszcze zanim się na dobre rozpadało. Jak widać, mimo niesprzyjającej aury, jacyś ciekawscy zwiadowcy nie mogą usiedzieć na tyłkach...

Odwłokach znaczy. I żeby nie było, że pszczółKi nie są na "K". Bo to całe Królestwo przecież;)

11:48, scibor1
Link Komentarze (1) »
środa, 04 czerwca 2014

W drodze na Dzień Woźnicy Astra raczyła rzucić kotwicę. A raczej tłumik. Niby nic, ale dostarczywszy zainteresowanych na miejsce Polówką, wróciłem na ratunek. Kotwicę można podnieść i umocować sznurkiem:

Gdybym to zrobił drutem, nie musiałbym powtarzać leżenia pod samochodem w Janikowie. Ale nic to. Wóz w górę i diagnoza:

Wezwany na konsultacje Listonosz stwierdził, że wydech jest w dobrym stanie, z wyjątkiem połączeń poszczególnych elementów, których praktycznie nie ma. Jako, że dostałem nauczkę jak nie robić pewnych rzeczy dwa razy, postanowiłem zrobić raz, a dobrze...

No teraz to się Astrze pod spodem świeci jak psu...

Po raz kolejny firmowy podnośnik w ruch...

I jazda próbna. Kurde, jak tu cicho:)

10:55, scibor1
Link Komentarze (1) »

W niedzielę był Dzień Woźnicy w Smolajnach:

Okazja do wielkiego rodzinnego pikniku i spotkania z Igorem:

Niestety, nie wszyscy woźnice? woźnicowie? zrealizowali swoje plany, bo wozy zapewniły im plan B. Ale o tym w następnym wpisie.

Na gumnie ogródkowo. Ponieważ ziemia jest jaka jest, trzeba dostarczyć innej. Ubrdałem sobie z dzieciństwa i podstawówki, że tam gdzie rosną pokrzywy, ziemia jest niezwykle urodzajna. No mam takie miejsce, krowim łajnem nieskażone...

Już same wykopki dały do myślenia, bo to jakby piach. Ale drobniejszy. I coś na tym rośnie? Hmmm, zaraz, zaraz... To IŁ!!! Przebłysk ze szkoły o niezwykle urodzajnych "iłach i namułach" wyjaśnił obecność pokrzyw:) I wreszcie znalazłem zastosowanie do poniewierającej się po pastwisku dziurawej "wanny" na wodę:

W sumie robota jak ziemia, lekka, a efekt, hmmm, pomidorowy:

Żeby nie było, że tylko ja takie rzeczy w niedzielę robię. Lokalni inżynierowie opłacani przez zielonych postanowili uwolnić or... krowę znaczy:

Na szczęście zobaczyłem w porę i pokrzyżowałem im plany. Nie cierpię ekopsycholi...

No i zgodnie z planem pada, więc koszę:

Topole zrobione w 4 godziny jednym ciągiem. Czyżby rekord?

10:44, scibor1
Link Dodaj komentarz »