RSS
piątek, 31 lipca 2015

Mam chwilę między zmianą wiader na strychu, bo dachowcy zabezpieczyli rozebraną połać tak, że plandeka całą deszczówkę kieruje na podłogę, skąd raczy przeciekać do jadalni, a jak ktoś ma kupę szczęścia, to ląduje bezpośrednio na talerzu. I dobrze, bo deszczówka podobno jest zdrowa. I kupę też ma się po niej zdrową.

Wracając do dachowców. Rozmnożyli się...

W sumie to są dwa kociaki. Jeszcze bezimienne, jeden kocur drugi chyba też, imiona niechybnie dostaną w stylu Desek i Kanciak czy jakoś tak...

Deszcz i temperatura robią grzybicę. Zarówno spożywczą:

Jak i parchatą... purchatą... czy jakoś tak:

Pogoda nie nastraja do uzewnętrzniania się na gumnie, więc wynalazłem sobie zajęcie pod dachem. Znaczy się przemeblować mój prywatny warsztat nadoborowy udałem. Się. Ustawiłem sobie stół i jeszcze postanowiłem go wytrzeć z kurzu. Po uprzednim omieceniu zmiotką. I nagle nastąpiło przyśpieszenie zdarzeń, dramatyczne rzekłbym. Zadziałała zapadnia zbudowana zapewne przez czas i wodę, udałem się nią piętro niżej, a stół postanowił mnie gonić:

Na szczęście nie zmieścił się. Na drugie szczęście trafiłem na jedyny wolny w pabie kawałek podłogi. Zmieściłem się dokładnie między szafką, postawionym do góry nogami taboretem, kosiarką i wyszczerzonymi ku górze zębami kopaczki. Na nieszczęście ten kawałek podłogi był betonowy. Jak już ustaliłem fakty w postaci przeżycia i braku złamań, wzorem Jonesa zgarnąłem kapelusz i z dynamiką Jonesa nieprzypominającą poczołgałem się ku domowi. Wytrzepawszy i rozebrawszy się przed drzwiami dotarłem pod prysznic, gdzie dokonałem oględzin niegdyś jędrnego i sprężystego organizmu...

Straty jak na takiego twardziela minimalne, przynajmniej jeśli chodzi o obrażenia powierzchowne. Teraz docierają do mnie sygnały wewnętrzne, których apogeum sieknie mnie pewnie rano. Muszę utulić się domowym mannitolem. Tym bardziej, że odkryłem ubytki w uzębieniu, niechybnie pourazowe. Oj, szykuje się wyprawa do Mszczonowa...:)

19:33, scibor1
Link Komentarze (3) »
środa, 29 lipca 2015

Ruszyły prace na dachu. Te poważne...

Jest wojna, są straty. Stratą było kilka drzew i krzewów wokół domu. A wojnę wypowiedziało niebo, w drugim dniu prac waląc takim oto gradem:

W gradzie można znaleźć różne rzeczy, na przykład takie:

Wspaniała rzecz do robienia ogrodzeń. A i robienia kuku dachowcom, jak nie zabezpieczą porządnie rozebranego dachu przed następną burzą...

06:47, scibor1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2015

Zdarzało mi się spotykać tablice z takim napisem na chodnikach miejskich. I zawsze z uporem godnym lepszej sprawy wypatrywałem tych robotów... Ot, skrzywienie fantastyczne;)

Sam też ostatnio, mając dość przecieku w garażu i montażu "bomb novartisowych", zamieniłem się w dachowego robota. Efekt może nie do końca profesjonalny, ale skuteczny:

 Oczywiście, żeby robota szła, trzeba robota naoliwić. A że dach jest hipokratejski, trzeba oliwę dachową przed upadkiem zabezpieczyć...

 No dobra. Dach zrobiony, teraz leje i testuje. W mieżdutajmie wczorajszym obredlilem ziemniaki. Kilka mi się wyorało, ładne, choć jeszcze małe. I niektóre się ruszają. Te szare zwłaszcza, przemieszczają się zygzakami w trawie. Jednego dogoniłem i uwieczniłem:

A wogóle to pół pastwiska mnie sieknęło. Boli, swędzi i fatalnie wygląda. I tak podobno ma być przez dwa tygodnie. Nic to, trzeba przetrwać. Trzeba nieczułym być na takie rzeczy, jak co najmniej robot jakiś.

09:07, scibor1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lipca 2015

Może dlatego, że za dużo się dzieje i nie mam czasu pisać? Może dlatego, że mi się nie chce? Albo, że komp tak muli że zniechęca? Powodów się znajdzie. A może po prostu mam już to w dupie...

Krótka lipcowa fotorelacja. Zainwestowalim w przydomową. Teraz to można wydalać bez stresu;)

 Pojechałem po dzieci, nie przywiozłem ich, bo... o tym gdzie indziej. Wracając zahaczyłem o Gryźliny. Na zlocie starych Fordów dominują pojazdy zastępcze...

 Po powrocie do domu wreszcie jakiś ciepły prysznic;)

 Strych porządkujemy przed zmianą dachu. W ramach oszczędzania miejsca w śmietniku trochę rzeczy poszło z dymem. Między innymi kabel od neostrady, który miał pecha znaleźć się pod ogniskiem.

 Panowie serwisanci nie odważyli się wystawić rachunku gdy zobaczyli na jakiej żałosnej głębokości został on położony. W ramach oszczędności puścili go na głębokość szpadla dookoła ogniska...

Potem przygotowaliśmy się do kontroli. Siłom i godnościom:

 Osobistom. Inspektor nie śmiał wnieść zastrzeżeń...

Na pastwisku trwa nawiązywanie dobrych stosunków z koniowatymi. Z całkiem dobrym rezultatem...

 Oczywiście nie zaniedbuję mojej rolniczej wynalazczości...

 Nawet "psa" kropnęliśmy na okoliczność pełnoletności Młodego. Przynajmniej tak poinformował gości;)

 Matka Natura szybko zbilansowała ubytek w stadzie...

 Pozostało już tylko wieczerzać:

I na razie tyle. Leje.

07:03, scibor1
Link Komentarze (3) »