RSS
wtorek, 26 sierpnia 2014

Jako się rzekło, w sobotę odwiozłem Młodego. Na wszelki wypadek, gdyby i jego miały ominąć "gdańskie przyjemności", postanowiłem go nakarmić. Na szczęście, Gdańsk mimo wielu wad ma również i jakąś zaletę...

No i po wakacjach. Czas pokaże, co będzie dalej.

Ale jako że się o karmieniu napomknęło, warto wspomnieć o pasji Najmłodszej do żywienia zwierzyńca wszelakiego:

Bywa i tak, że się zwierzyniec nie doczeka, bo droga doń daleka...

Ale nic to, zawsze można wybrać się do "Lidzbarga" na jakiś tam festyn żarcia, miodu polizać, na żarłoczne jury popatrzeć, jak króliki i inne takie wpieprza, a osobiście lodami się zadowolić:

A ostatnio mnie wzięło na zbadanie ruin pobliskich, pod pretekstem poszukiwania karmy w postaci grzybów. No dobra, pretekstem było sprawdzanie ogrodzenia;) Jakieś trzaski w lesie groziły obecnością dzików, a nawet wbrew logice niedźwiedzia - no bo przecież Portos wszystkie wyru...gował . Na szczęście była to tylko lisia rodzinka:

Wrażenie bezpośredniego kontaktu niesamowite, ot samo serce dzikości z bliska obserwuję:) I nic do owej dzikości nie mam, dopóki nie zechce zrobić sobie karmy z moich kurwiszonów...

No a jeśli o karmę chodzi, to... dziś jest ten właśnie dzień.

06:45, scibor1
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Wakacje nieuchronnie dobiegają końca. Coraz mniej ludzi, coraz więcej wspomnień, jak na przykład samodzielny projekt dziewczyn p.t. oczko wodne:

Najmłodsza jeszcze nie odczuwa osamotnienia, domowy zwierzyniec jej na to nie pozwala...

Czasem tego domowego jest mało, więc trzeba się rozejrzeć za...

... dziką zwierzyną:

A dzika zwierzyna podchodzi nieomalże pod dom, kuszona wczesnojesiennymi projektami jak "truskawka pod płotem":

Jesień to również czas grzybów. Maślaki dopisały, podobnie jak w zeszłym roku:

Jest takie miejsce niedaleko, że można je za przeproszeniem kosić. Z innymi grzybami krucho, choć czasem jakiś kozak wyskoczy zza krzaka;)

Dziś odwożę Młodego...

06:13, scibor1
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 sierpnia 2014

Wakacyjne atrakcje powoli dobiegają końca. Jeszcze garść wspomnień z pobytu moich dzieciaków w Hyvakaupunki...

...i czas się żegnać. Najpierw Młodsza ruszyła na spotkanie swej rodzicielki. Zgodnie z ustaleniami przez Elbląg:

do Gdańska, gdzie J obiecała Młodszej jakieś bliżej nieokreślone przyjemności przed wyjazdem do Krynicy. Dlatego zerwaliśmy się o świcie i pognaliśmy z przesiadkami na spotkanie z J. Przekazałem dziecko mamie i wróciłem do domu. Chwilę później zadzwoniła W, że już są w... Krynicy. Czyli te całe obiecane przyjemności to była przebieżka po dworcu do kolejnego autobusu. Żal dziecka, bo wieczór przed wyjazdem przepłakała i nie chciała do tego Gdańska... Cóż, życie.

A do nas zjechali sąsiedzi z nie tak dawnych czasów. Jak to zwykle bywa, zajęliśmy się męskimi rozrywkami...

a nawet trochę tymi damskimi;)

No bo siedzenie na koniu to trochę niemęskie jest;P Ale trzeba trochę nad tym popracować, może niebawem będzie to nasz jedyny środek komunikacji niepublicznej. Cóż, życie...

18:30, scibor1
Link Komentarze (1) »
sobota, 09 sierpnia 2014

Jakiś czas temu Astra zaczęła niedomagać skrzyniowo. Ot, straciła się redukcja z 4 na 3, miast tego jakieś terkotanie, jakoby informacja, że nie ma takiego przełożenia. Upierdliwe, zwłaszcza przy spokojnym wyprzedzaniu, bo gaz do dechy uruchamiał kick-down, ale redukując od razu do 1 lub sporadycznie do 2. Lektura wszechwiedzącego internetu zaowocowała informacją, że te skrzynie są "wieczne i bez-awa-ryjne". No ale skoro coś jest nie tak, to trzeba będzie udać się do serwisu. Skutecznie przed taką wizytą w serwisie powstrzymywała mnie wizja serwisanta w czystym uniformie kasującego 3,5 tys za samo wjechanie na warsztat. Bo kiedyś tak bywało... Odwlekając tą chwilę do czasu wygrania w totolotka turlaliśmy się Asterką oczekując na nieuchronną śmierć automatu...

Nadeszła chwila wyjazdu nad morze. Zatankowałem do pełna i jedziemy. Dziwnie jakoś, bo szarpie. I brak siły do ruszania, do cofania i pokonywania wzniesień. Hmmm, może świece? A może gówniana benzyna? Trzeba wyjeździć do zera. Wyjeździłem, zatankowałem, poprawy brak. Zmieniłem świece na nowe, poprawy brak. Nosz kur... Zawarczałem i zrobiłem rzecz budzącą we mnie największą odrazę - porozumiałem się z komputerem Astry. Kalkulator wymrugał mi szereg błędów, z których pierwszy dzięki wszechwiedzącemu internetowi okazał się być padniętym wtryskiwaczem pierwszego cylindra. Zapałałem chęcią samodzielnej wymiany, ale chęć ta malała proporcjonalnie do ilości odkręcanych "zbędnych" części silnika blokujących dostęp do rzeczonego wtryskiwacza. Wrrrrr. Niech stracę, umówiłem się na wizytę u pana W, polecanego przez prowadzącego sklep C pana K. Któregoś dnia podjechałem. Pan W na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie łysego kibola który zerwał się z meczu i zamienił "służbowy" dres na warsztatowy zamszyk. Ot, typowy dupek, oceniłem pobieżnie. Utwierdziłem się w tej ocenie, gdy wpiął się swoją elektroniką w elektronikę Astry, skrzywił się, coś postukał i kazał mi zrobić ostrą rundkę (jakbym był normalnie jakimś kumplem od beemek), żeby zapalić check engine. Mimo dwóch rundek nie udało się jej zapalić, więc spuścił mnie twierdzeniem, że dopóki nie zapalę, on nie ma tu nic do roboty. Warknąłem i odjechałem. O dziwo, komp po czyszczeniu pamięci okazał się łaskawszy i Astra jeździła jakby lepiej. Co nie znaczy, że dobrze, ale możliwe, że od nadmiaru zgromadzonych informacji o błędach karkulowsiał zwartusiał. I jakiś czas było lepiej. A potem znów się pogorszyło. Umówiłem się ponownie do pana W i wczoraj rano zostawiłem mu Astrę. Tuszując swoje cwaniactwo napomknąłem, że może to wtryskiwacz, ale ten dupek upierał się, że jego zdaniem cewka, przytaczając na to niby sensowne dowody. I dziś rano do mnie dzwoni. Że cewka. Założył na próbę nową, jest cacy, tyle, że nowa kosztuje tyle i tyle i co ja na to? Nosz radość zaćmiła mi umysł i się zgodziłem, choć cena była, hmmm, spora. Pojechalim ze szwagrem po odbiór, uiściłem należność, zagadnąłem pana W o serwis automatów, na co mi odpowiedział, że i owszem, zna kogoś, ale żebym najpierw się przejechał, bo automaty nie lubią, jak im dur cewkę osmali... No to się przejechałem. I wkurw mnie złapał na pana W straszliwy. Bo nie dość, że silnik chodzi bajkowo, to i skrzynia przestała narowić i też chodzi bajkowo. Wnerwił mnie też tym, że mimo wyglądu (no bo w sumie to wygląda jak połowa populacji), to był miły, rzeczowy, terminowy, naprawił jak trzeba, części dał drogie ale oryginalne, za robociznę wziął pieniądz śmieszny, poza tym to on miał rację (cewka) a nie ja (wtryskiwacz) i jeszcze parę rzeczy bym znalazł. A, lusterka mi nie wymienił i nie jest żadnym wytłumaczeniem, że mu o tym nie wspomniałem. Powinien się domyślić, kut.s jeden...

 

Idę ciąć drewno. W przeciwieństwie do samochodów, na tym się znam. Chyba...

11:55, scibor1
Link Komentarze (1) »
środa, 06 sierpnia 2014

Jak już wspomniałem, susza, czyli klimat (a mamy taki jak bramki na autostradzie), dał nam się we znaki. Bo i młodzież ma stłamszone umysły i stosunkowo proste polecenie przemieszczenia kostek siana z punktu A do punktu B w obrębie budynku X zdaje się być problemem wymagającym wielogodzinnych przemyśleń i konsultacji...

Nie pozostało mi zatem nic innego, jak wywołać deszcz. Wziąłem zatem siekierę, odziałem się ofiarnie, czyli skąpo i poszedłem na pastwisko zanieść modły do Bogów, w wyszczególnieniem Peruna, żeby klimat zmienił...

A wszystko pod czujnym okiem sołtysa i sołtysowej, którzy z politowaniem obserwowali moje pogańskie dziwactwo. Kwadrans później zmykali z krystowierczym sromem przed gromowładnym Perunem... A ja zabroniłem przestraszonym dzieciakom drzwi chałupy przed Gościem zamknąć, żeby go nie obrazić. Znów będą we wsi gadać...

07:27, scibor1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

...trwa. Jest to o tyle irytujące, że 2-3km ode mnie jej nie ma. Deszcz pada, stoją kałuże na drogach. No ale sam chciałem mieć dobrą pogodę na sianokosy. Tylko nie zaznaczyłem, do kiedy...

Skoro susza, to do wody. Najlepiej szybko:

Wczoraj oficjalnie ruszyła zjeżdżalnia. No i jesteśmy po pierwszej wymianie wody w basenie:

Już nagrzana, ale czemu by nie pojeździć na bracie;)

Jak się dzieciarnia nasyci mokrością, to z braku lepszych zajęć urywa się pograć w piłkę:

Wniosek jest prosty: trzeba im znaleźć lepsze zajęcia. Zaplanowałem im dzisiaj "czarny poniedziałek"...;) No ale skoro są tacy, którzy pracują od świtu do zmierzchu przez siedem dni w tygodniu...

... to muszą być i tacy, którzy za nich odpoczną i się zdrzemną...

Choćby nawet w stojaku na koty;)

A tak swoją drogą - wczorajsza wizyta w ulu zaowocowała zlizaniem pierwszej kropli własnego miodu. Słodki:)

06:04, scibor1
Link Komentarze (1) »