RSS
czwartek, 20 sierpnia 2015

Poranek zazgrzytał spięciem toaletowym. Cywilizowane ubikacje są w budynku recepcji. Budynek recepcji zgodnie z wywieszką jest czynny od 7 do 23. W nocy jak ktoś musi to może do zasranego po deskę tojtoja. O 7:20 zdecydowałem się na krok radykalny i załomotałem w szybkę. Obudzona pańcia stwierdziła, że ona pracuje od 8mej. Dopiero groźba nasrania pod drzwiami recepcji zmiękczyła ją na tyle, że budynek otwarła...

A tak poza tym to nie ma jak książka na wakacjach...

 No dobra, budzimy się, bo atrakcje okoliczne wzywają....

 A okoliczną atrakcją jest....

 No dobra, odwiedzimy Barona. Zacznijmy od lasu okalającego posiadłość. A las zaczniemy od... konia: 

 Lasem idzie się po kładce, która prowadzi nas do różnych drewnianych ciekawostek:

 Z lenistwa, usprawiedliwionego obecnością Najmłodszej, wybraliśmy trasę krótszą z pominięciem morza...

 A i tak fajnie, że było gdzie przysiąść krztynę...

 Nawet urynaria były rzeźbami oznaczone:

 Po lesie zajrzyjmy do domu Barona:

 A oto i sam Baron w zacnym towarzystwie;P

 Trofea myśliwskie...

 ...czasem zaskakiwały brutalnością:

 Całość okraszona sporym telewizorem z kreskówką opisującą życie Karla Hieronima von Munchausen'a;)

Dla równowagi na piętrze muzeum figur woskowych:

 A na zewnątrz plac zabaw w kształcie okrętu:

 Nasyciwszy się tym miejscem postanowiliśmy obadać dzikie plaże łotewskie. Znalezienie takiej plaży polega na jechaniu polną drogą wzdłuż morza tak długo, aż trafi się na zgrupowanie samochodów z lokalnymi tablicami. Potem należy zaczekać na tłum i podążyć za nim, żeby wybrać właściwą ścieżkę przez las. I po jakichś 50 metrach wychodzimy na plażę, gdzie, jak to na Łotwie, tłumy plażowiczów...

 Była i Mała Syrenka:

 I tak do wieczora. Potem zebraliśmy się i cyknęliśmy jakieś 60km do Zanzibary, chcąc zdążyć rozłożyć namiot przed deszczem. Zdążyliśmy. Deszcz poczekał. A potem była noc, zakrywanie się kocem przed przeciekami z sufitu i takie tam atrakcje namiotowe;)

07:19, scibor1
Link Dodaj komentarz »

Ryga. Jeszcze przed wyprawą ogłosiłem niechęć do podążania za tłumem w celu zwiedzania budowli sakralnych, uważając napawanie się morderczym kultem za niestosowne w czasie wakacji. Z całym szacunkiem dla innowierców oczywiście. Dlatego priorytetem ryskim były hale dla sterowców:

 Jebutna zaiste konstrukcja gdzie cały dach się otwiera na przyjęcie podniebnego potwora czy innego cepelina;) Jako że Hindenburg się zjarał, hale zostały przerobione na targowisko. Podobno największe zadaszone w Europie. Faktycznie, spore. Tym bardziej, że rozrosło się też na zewnątrz. I to niepowtarzalne wspomnienie zapachu gorącego powietrza wydobywającego się z kanału wentylacyjnego hali z rybami... mmmmmmmmmmm:)))

No to kawa i do Alkoholiska na zakupy:

 A potem na zwiedzanie miasta. Pierwsze co rzuca się w oczy to podejście do bezdomnych kotów. W Polszcze wyłapuje się toto i ładuje do więźnia o nazwie schronisko. A i tak jest to walka z wiatrakami. W Rydze są za to hotele dla kotów:

 W efekcie nie widziałem ani jednego bezdomnego kota. Domnego zresztą też nie. Ale rzuciły się w oczy inne smakowite widoki:

 No i osławiony Koń Ryżański:

 Nie mam pojęcia o co chodzi z tym koniem, ale motyw pojawiał się wielokrotnie. 

Pojawiały się też inne ciekawostki. Niby nic, taki słupek ograniczający ruch, a ile frajdy daje:

 No ale kaczka to już gigant:

 A mrówki to chyba z Karbonu sprowadzili...

 Niby przypadkiem trafiliśmy na wyszynk pierogów. Pelmeni to podobno jakaś narodowa potrawa jest. Faktycznie dobre, tanie i cały czas kolejka w knajpie. Polecam ryskim turystom - idźcie za tłumem a traficie;)

 Najedzeni opuściliśmy miasto i rozejrzeliśmy się za bazą na następny nocleg. Nazwa za trudna żeby wymówić, ale do plaży 80 metrów od namiotu. A plaża....

 Boszzzzz, muszę coś z tym brzuchem zrobić. Zakryć czy coś... Na plaży jak to zwykle bywa, tłumy:

 Bo tak sobie skojarzyłem z polskimi plażami w sezonie. Tutaj największa frajda to te kamienie:

 Po plaży czas na rozłożenie obozowiska....

No i najlepiej udać się na niezasłużony odpoczynek, bo jutro...

 

06:57, scibor1
Link Dodaj komentarz »

Skodo nadzieja na zabranie Młodej na wakacje upadła, trudno, jedziemy bez niej.

W dniu wyjazdu, przerażony ilością zgromadzonego bagażu, na szybko zamontowałem na dachu wodolot:

 I ruszyliśmy. Plan był dotrzeć do Kowna. Po drodze jakiś kawałek zagubionego w lesie jeziora żeby Najmłodsza się nie zniechęciła. W Suwałkach wymiana pieniędzy na walutę europejską i wjazd na Litwę. Pierwszy planowy nocleg na jakimś przydrożnym parkingu - ot tak, zwyczajnie, w samochodzie:

 Noc niewygodna jak diabli, dlatego pobudka przedwczesna i szybka zmiana planów: zostawiamy Kowno na drogę powrotną, ciągniemy w stronę Rygi. Po drodze przerwa na litewskie strusie:

 ...i poranną toaletę:

 Całe szczęście, że humory dopisywały, w przeciwieństwie do toalet na litewskich, unijnych parkingach:

 Są schodki, jest zjazd dla inwalidów, jest i wybrukowany placyk na którym można się wysrać. Jakie to mickiewiczowskie...

Dalej na północ, presja morza wygrała z presją miasta i chybiliśmy nieco Rygi na rzecz Jurmali. Wreszcie u celu: Morze Bursztynowe:

 Nadmienić należy, że chybiliśmy też bramek wjazdowych na teren kurortu. Spodziewając się jakiejś chryji z powodu braku opłaty umieściłem za szybą numer telefonu, żeby nie było, że chybienie było zamierzone. Ale jedyny telefon jaki miałem podczas pobytu w Jurmali dotyczył, jak się później dowiedziałem, byczków...

Nacieszywszy się plażą i deptakiem, gdzie spożyliśmy obiad w jedynej knajpie oferującej polskie menu, poszukaliśmy noclegu. Padło na kemping Zanzibara. Miejsce urokliwe...

 i gościom przyjazne, zarówno jeśli o ceny chodzi, jak i zaplecze. No to kolacyjka:

 i na plac zabaw:

Plac zabaw z powodu modernizacji nieczynny od 7 do 19tej, ale byliśmy później więc Młoda miała frajdę. A potem spać, bo na drugi dzień Ryga.

06:38, scibor1
Link Dodaj komentarz »

Najmłodsza nieustannie odwiedza tygrysy. Na tyle skutecznie, że można je traktować jako oswojone:

 Czasem próbują się też udomowić, ale nie patrzę na to przychylnie. Jakiś syndrom litweski mam (o tym niebawem;))

Niespodzianką która przesunęła trochę nasz wyjazd na wakacje były odwiedziny Młodej z jej matką. Dane mi było przez całe dwie godziny cieszyć się obecnością drugiego dziecka:

Niestety zostać nie chciała lub nie mogła. Szkoda. Cieszę się, że choć na chwilę była.

No to zaczynamy relację z wakacji.

06:20, scibor1
Link Komentarze (1) »
piątek, 31 lipca 2015

Mam chwilę między zmianą wiader na strychu, bo dachowcy zabezpieczyli rozebraną połać tak, że plandeka całą deszczówkę kieruje na podłogę, skąd raczy przeciekać do jadalni, a jak ktoś ma kupę szczęścia, to ląduje bezpośrednio na talerzu. I dobrze, bo deszczówka podobno jest zdrowa. I kupę też ma się po niej zdrową.

Wracając do dachowców. Rozmnożyli się...

W sumie to są dwa kociaki. Jeszcze bezimienne, jeden kocur drugi chyba też, imiona niechybnie dostaną w stylu Desek i Kanciak czy jakoś tak...

Deszcz i temperatura robią grzybicę. Zarówno spożywczą:

Jak i parchatą... purchatą... czy jakoś tak:

Pogoda nie nastraja do uzewnętrzniania się na gumnie, więc wynalazłem sobie zajęcie pod dachem. Znaczy się przemeblować mój prywatny warsztat nadoborowy udałem. Się. Ustawiłem sobie stół i jeszcze postanowiłem go wytrzeć z kurzu. Po uprzednim omieceniu zmiotką. I nagle nastąpiło przyśpieszenie zdarzeń, dramatyczne rzekłbym. Zadziałała zapadnia zbudowana zapewne przez czas i wodę, udałem się nią piętro niżej, a stół postanowił mnie gonić:

Na szczęście nie zmieścił się. Na drugie szczęście trafiłem na jedyny wolny w pabie kawałek podłogi. Zmieściłem się dokładnie między szafką, postawionym do góry nogami taboretem, kosiarką i wyszczerzonymi ku górze zębami kopaczki. Na nieszczęście ten kawałek podłogi był betonowy. Jak już ustaliłem fakty w postaci przeżycia i braku złamań, wzorem Jonesa zgarnąłem kapelusz i z dynamiką Jonesa nieprzypominającą poczołgałem się ku domowi. Wytrzepawszy i rozebrawszy się przed drzwiami dotarłem pod prysznic, gdzie dokonałem oględzin niegdyś jędrnego i sprężystego organizmu...

Straty jak na takiego twardziela minimalne, przynajmniej jeśli chodzi o obrażenia powierzchowne. Teraz docierają do mnie sygnały wewnętrzne, których apogeum sieknie mnie pewnie rano. Muszę utulić się domowym mannitolem. Tym bardziej, że odkryłem ubytki w uzębieniu, niechybnie pourazowe. Oj, szykuje się wyprawa do Mszczonowa...:)

19:33, scibor1
Link Komentarze (3) »
środa, 29 lipca 2015

Ruszyły prace na dachu. Te poważne...

Jest wojna, są straty. Stratą było kilka drzew i krzewów wokół domu. A wojnę wypowiedziało niebo, w drugim dniu prac waląc takim oto gradem:

W gradzie można znaleźć różne rzeczy, na przykład takie:

Wspaniała rzecz do robienia ogrodzeń. A i robienia kuku dachowcom, jak nie zabezpieczą porządnie rozebranego dachu przed następną burzą...

06:47, scibor1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lipca 2015

Zdarzało mi się spotykać tablice z takim napisem na chodnikach miejskich. I zawsze z uporem godnym lepszej sprawy wypatrywałem tych robotów... Ot, skrzywienie fantastyczne;)

Sam też ostatnio, mając dość przecieku w garażu i montażu "bomb novartisowych", zamieniłem się w dachowego robota. Efekt może nie do końca profesjonalny, ale skuteczny:

 Oczywiście, żeby robota szła, trzeba robota naoliwić. A że dach jest hipokratejski, trzeba oliwę dachową przed upadkiem zabezpieczyć...

 No dobra. Dach zrobiony, teraz leje i testuje. W mieżdutajmie wczorajszym obredlilem ziemniaki. Kilka mi się wyorało, ładne, choć jeszcze małe. I niektóre się ruszają. Te szare zwłaszcza, przemieszczają się zygzakami w trawie. Jednego dogoniłem i uwieczniłem:

A wogóle to pół pastwiska mnie sieknęło. Boli, swędzi i fatalnie wygląda. I tak podobno ma być przez dwa tygodnie. Nic to, trzeba przetrwać. Trzeba nieczułym być na takie rzeczy, jak co najmniej robot jakiś.

09:07, scibor1
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 lipca 2015

Może dlatego, że za dużo się dzieje i nie mam czasu pisać? Może dlatego, że mi się nie chce? Albo, że komp tak muli że zniechęca? Powodów się znajdzie. A może po prostu mam już to w dupie...

Krótka lipcowa fotorelacja. Zainwestowalim w przydomową. Teraz to można wydalać bez stresu;)

 Pojechałem po dzieci, nie przywiozłem ich, bo... o tym gdzie indziej. Wracając zahaczyłem o Gryźliny. Na zlocie starych Fordów dominują pojazdy zastępcze...

 Po powrocie do domu wreszcie jakiś ciepły prysznic;)

 Strych porządkujemy przed zmianą dachu. W ramach oszczędzania miejsca w śmietniku trochę rzeczy poszło z dymem. Między innymi kabel od neostrady, który miał pecha znaleźć się pod ogniskiem.

 Panowie serwisanci nie odważyli się wystawić rachunku gdy zobaczyli na jakiej żałosnej głębokości został on położony. W ramach oszczędności puścili go na głębokość szpadla dookoła ogniska...

Potem przygotowaliśmy się do kontroli. Siłom i godnościom:

 Osobistom. Inspektor nie śmiał wnieść zastrzeżeń...

Na pastwisku trwa nawiązywanie dobrych stosunków z koniowatymi. Z całkiem dobrym rezultatem...

 Oczywiście nie zaniedbuję mojej rolniczej wynalazczości...

 Nawet "psa" kropnęliśmy na okoliczność pełnoletności Młodego. Przynajmniej tak poinformował gości;)

 Matka Natura szybko zbilansowała ubytek w stadzie...

 Pozostało już tylko wieczerzać:

I na razie tyle. Leje.

07:03, scibor1
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 czerwca 2015

Krótko i na gorąco. Młodzież wywarła na mnie presję, że chce na koncert niejakiego Dawida K. O, ten tutaj:

http://www.koncertomania.pl/koncert/373467/dawid-kwiatkowski-mrozu-dj-goft-velvet-patrycja-nowicka-deecinicco-elblag-27-06-2015.html

Czego się nie robi dla młodzieży. Pojechalim. Nieco pobłądziłem, wszak to wielkie miasto, co wzbudziło moją irytację. Ale szybko wybrnąłem z tej niekomfortowej sytuacji kilkoma kwiecistymi wiązankami i trafiłem na miejsce. Widok wolnego miejsca parkingowego tuż przy miejscu imprezy wzbudził moją euforię, która z kolei przyćmiła moją czujność. W efekcie nie zauważyłem ukrytego w trawie tego oto kwiatka:

 

Jestem przekonany, że w momencie uderzenia użyłem anglojęzycznego "ups", a gdy wysiadłem i zobaczyłem co się stało, powiedziałem "ojej". Młodzież insynuuje, że w pierwszym przypadku użyłem kwiaciarni, w drugim dużego klombu. Ale nic to.

Młodzież udała się na "wystawę" z Kwiatkiem i innymi takimi głośnymi, ja przechwyciłem Osadźcę i poszliśmy podlać moje wewnętrzne uprawy piwem. Kilka godzin później, posadziwszy Mercedesa na Fordzie, wróciliśmy do domu.

 

O dziwo, mimo bukietu zdarzeń, dzień uważam za bardzo udany. A Elbląg to fajne miasto;)

08:42, scibor1
Link Komentarze (2) »
środa, 17 czerwca 2015

Najmłodsza na DD dostała nowy łuk. Od razu poszliśmy go wypróbować;)

Teraz ma bloczek którym może przestrzelić stodołę;) Albo spróbować zestrzelić żelaznego ptaka, który dwa razy dziennie przelatuje nad gumnem:

 Na razie Dziadkowi udało się zestrzelić drągiem srocze gniazdo. Jako że było puste, od razu Gospodyni znalazła dla niego zastosowanie:

 Tak, to wygląda chyba bardziej swojsko niż klomb w bagażniku starego Forda...

Zmieniłem metodę gromadzenia siana przy pomocy stałokomorowej balociarki. Stara i przechodzona, ale daje radę:

 Teraz to jest inna rzeczywistość. Jeszcze tylko drugi traktor by się przydał, no i ze dwie osoby do pomocy i sianokosy możnaby załatwić w jeden dzień. Ale na razie jest jak jest więc trochę to trwa, ale i tak w porównaniu z poprzednimi latami jest zmiana na duży plus.

Są oczywiście rzeczy niezmienne, jak mój pociąg do alkoholu czy Najmłodszej do pewnego  źródła pożywienia...

No i dobrze. Czegoś w życiu trzeba być pewnym;)

16:11, scibor1
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43