RSS
środa, 17 czerwca 2015

Jakąś chwilę temu ukończyłem wreszcie wybieg dla byśków. Można przyjąć, że były zadowolone, wreszcie tyle miejsca żeby się tłuc...

 Z różnych względów rozstałem się z częścią koniowatych. Jazon i Jaćka znalazły nowy dom:

 Trzeba przyznać, że warunki mają dużo lepsze - u mnie jest za mało lasów na te leśne zwierzaki. Na szczęście nie są daleko i mogę je odwiedzać jeśli mnie najdzie tęsknota.

Ludwik się nie załapał, bo jest za bardzo przytulasty. Najmłodsza nie jest w stanie przejść obok konia żeby się nie położyć...

Ukuła też nowe przysłowie: koń jak stoi to ucieka. Dlatego najfajniejsze są konie leżące;)

16:04, scibor1
Link Komentarze (2) »

Nadszedł czas testowania janjetiny. Moja sugestia, coby janjetinę ustrzelić bądź to z łuku, bądź z WWSa, spotkała się z ogólną dezaprobatą. Poddałem się zatem presji środowiska. O świcie wypuściłem na zewnątrz prawie całe stado...

 Prawie. Baranek sprawiał wrażenie pogodzonego z losem. Wszystko odbyło się cicho i spokojnie. Zadbałem o to, by po raz ostatni zobaczył Słońce. I po wszystkim. Oskórowanie i podział tuszy zostawiłem w rękach myśliwego. A efekt finalny widać poniżej:

 Pycha:)

15:58, scibor1
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 maja 2015

Ostatnio nie dzieje się nic godnego uwagi abonenckiej, więc i wpisów nie ma. Że nie wspomnę o druzgocącej nerwy opieszałości komputera. No bo spędzanie czasu przed kompem polega głównie na czekaniu, aż zechce ruszyć. Stąd i pomysł robienia wpisów czy innych rzeczy stał mi się wstrętnym. Jak leśnikowi mycie... No ale przemóc się trzeba, bo i coś się wydarzyło.

Wydarzyło się ogrodzenie. Nie, żeby już skończone i piękne że aż dech zapiera, ale po latach mniejszych lub większych prowizorek nastał czas rozgraniczenia gumna od pastwiska, by zbydlęceniu nie ulec:

Spokojnie, to tylko namiastka tych ogrodzonych wiorst które nastąpią, a których Endomondo nie ogarnie...

Nastąpiłyby wczoraj, ale do południa porno i duszno, a w południe przyszedł gromowładny i wlał tak konkretnie i fenomenalnie, że od przybijania sztachet mnie odpędził. Na szczęście na krótko, bo potem dało się dokończyć zaplanowany odcinek i dumnym wzrokiem ogarnąć. I już miałem się umościć do poobiedniej drzemki, gdy nadjechał Generał leśnym powozem i trzeba było zamówione drewno rozładować. Potem rzut oka na pastwisko, a co to? Łaciate coś przez ogrodzenie krowiszony zaczepia... Pewnie bigiel. Wrrrr, zaraz mi bydło za ogrodzenie wyciągnie. Ale dziwnie niemrawy, w porównaniu na przykład do wczoraj, jak przed koniowatymi uciekał... i duży jak na bigiela. Kurde, do cielak łaciaty jakiś. Pewnie od sąsiada przylazł i krowy judzi do ucieczki nakłaniając. Jużem za telefon łapał, by do sąsiada dzwonić niech zbrodzienia zabiera, ale coś dziwnie jedna z naszych dziewczyn czułością w głosie go przywołuje. Idem, patrzem, a to XXRude z wymieniem wypchanem obecności łaciatego rudzielca się domaga. Przepchnąłem tego fenomena pode drutem pastuszym, a on jakby nigdy nic do cycka się dorwał:

No takiego kolorystycznego fenomenu to u nas jeszcze nie było. Może to ten deszcz co wlał część szkockiej sierści spłukał, a może to ćwierć szkot i ćwierć limuzyn po Noem. Co by nie było, niech mu będzie Fenomen. Albo Wlau. Bo to chłopak. Fenomenalny;)

07:35, scibor1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 maja 2015

Jako się rzekło, bandurki posadzone. A nawet, po konsultacji z sołtysem i Sąsiadem, wałem powalone:

Albo powałowane. O tym, że ogrodzone to nawet nie wspominam.

Zaraz po ziemniakach kończenie wytwarzania strzyg. I tutaj moje pytanko do posiadaczy/znawców owiec: czy taki układ jak na zdjęciu poniżej jest normalny, czy powalony?

Pytamboniewiem. Ale dziwnym wydaje mi się posiadać sutki pomiędzy moszną a końcem fiuta...

Zebrawszy się w sobie (przy udziale Najstarszego) zrobiliśmy połowę wybiegów przyoborowych:

Tą mniejszą co prawda, ale zawsze połowę;) I po raz kolejny przekonałem się, że zachwalać zwierzaki to trzeba w ciasnym i ciemnym pomieszczeniu - sprawiają tam dużo lepsze wrażenie, niż na zewnątrz...

Z głęboką wiarą w demokrację pojawiłem się dziś na wyborach. Skreśliłem co trzeba, dopisałem, co skreśliłem i wierzę głęboko, że komisja licząca będzie musiała demokratycznie zazgrzytać zębami, nie mogąc swą większością bezkarnie dostawić mi kilku krzyżyków. Ale pewnie większością głosów i tak znajdzie sposób, żeby przepchnąć swojego kandydata. Ale czegóż innego miałbym się spodziewać po tym powalonym systemie?

08:05, scibor1
Link Komentarze (2) »
środa, 06 maja 2015

Wspominałem już, że lubię ziemniaki? Hmmm, wspominałem. Nadejszła wiekopomna chwiła, że cytując klasyka, "tu posadimy bandurki i gandziu"...

20150505_104509

No dobra, bandurki posadzone, mimo, że gandzi na uspokojenie nie było. Ale co to za dzień bez przygód. Nie ma co wspominać o dwukrotnym rozkręcaniu sadzarki, o przerwie na jeżdżenie i szukanie sadzeniaków, bo trzech metrów brakło (rolniczych metrów, wagowych znaczy). Ważne, że bandurki posadzone.

W przysłowiowym mieżdutajmie udało się stworzyć potwora. Oto Strzyga:

20150502_180409

Stwór taki powstaje w wyniku reakcji zapuszczonej owcy z chińską maszynką do owiec katalizowaną dziewiczym postrzygaczem... Strzyg ci u mnie dostatek, ale nie ma co drażnić zielonych zdjęciami...

Uczyniwszy co w mej mocy by się nie nudzić okrasiłem dzień gandzią pozyskaną w lokalnej faktorii...

20150505_193637

...i teraz okulałem ponownie. Nic to, dziś wałowanie, grodzenie, postrzyganie i takie tam zwykłe niezwykłości.

A dla chętnych gwoli przypomnienia: https://www.youtube.com/watch?v=JMgF7FBRf6k

08:38, scibor1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 kwietnia 2015

Wspominałem już, że lubię ziemniaki? 

 Ale kupić i zeżryć to takie... śmieciarskie. Wolę podejście karczownicze:

 A że odwiedził mnie niedawno Solo i zasugerował, że ta akurat odmiana jest niezwykle pożądana w śmieciarskim centrum, może zamiast sadzić, zbierać i karmić tym krowiszony, będziemy sprzedawać to śmieciarzom*? Czas pokaże. Albo pokarze, jak się nie uda.

Od walki z ziemniaczanym polem oderwała mnie Białogłowa. Wyglądało to marnie, bo i było ciężko...

 Na chwilę obecną nie jest źle, Kopciuszek ma się nieźle, ale matka nie wykazuje instynktu macierzyńskiego. No to izolacja...

 Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Żeby już nie męczyć czasu pokazywaniem...

Jakiś czas temu - znów czas, tym razem w latach - udało mi się w amoku zabić kosiarkę. Bo dwusów na czystej benzynie długo nie pochodzi... I jakoś się obywaliśmy, ale czas na uzupełnienie parku maszynowego. Wiele czasu spędziłem na poszukiwaniach odpowiedniego sprzętu, wynik był nieustannie ten sam: albo chinol, albo używka. Wertowanie różnych forów (a może for) przekonało mnie, że jest Honda i są pozostałe kosiarki. Nowa to jakaś astronomia cenowa, a do używek z allegro przekonania nie mam. I tak się złożyło, że przejeżdżałem dziś koło sklepu z nowymi rowerami i używanymi kosiarkami. Dziwnym zbiegiem okoliczności jedyna pożądana przeze mnie kosiarka bez napędu to była... Ąda:

Paljenje jest wręcz poetyckie, zwłaszcza w porównaniu do epickiego odpalania zmordowanego życiem B&S'a, z którym miałem do czynienia do zeszłego sezonu. Bo dwie godziny to ja mogę kosić, ale nie kurde odpalać... A tu pali od pociągnięcia.

Idą zmiany. Ale i na to przyjdzie czas...

________________

* - zanim się ktoś na mnie obrazi za nazwanie go śmieciarzem, niech przeczyta Planetę śmierci Harrisona. Ja tam się nie obrażam za nazywanie mnie karczownikiem...

20:31, scibor1
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 kwietnia 2015

Majdowalim się wczoraj. To znaczy byłem na zawodach łuczniczych w Majdach;) Trzeba przyznać organizatorom, że postarali się utrudnić nam życie - w tym pozytywnym, bo wymagającym aspekcie. Cale ustawione były daleeeeeko...

 ... daleeeeko i trudno....

... daleeeeeko i nisko....

 No ale jakby było blisko, to by było jeszcze trudniej. Bo nikt nie lubi strzelać na pięć metrów. Wyniki będą niebawem, biorąc pod uwagę liczbę zawodników powinienem być w pierwszej siedemdziesiątce;) Do podium mi brakło ze 20 punktów. Wniosek jest prosty - trzeba więcej trenować. Za to zadyszka po zabawie w elfa - bezcenna. 

Krajobraz po bitwie:

 Niewątpliwą atrakcją były kusze:

Co prawda jeszcze niedopuszczone do zawodów, ale w przyszłości kto wie? Miałem okazję pacnąć sobie z tego reglamentowanego już chyba tylko w Polsce urządzenia i wrażenia są całkiem miłe. Jak z karabinu, tylko ciszej. W sumie to trudno powiedzieć, co w tych kuszach kusi. Ale coś kusi;)

Wieczór zaś w towarzystwie olsztyńskiego Kołomira. Miło i ciekawie. Czuć odradzające się dawne, dobre czasy.

To był pierwszy dzień od baaardzo dawna, który praktycznie w całości przeznaczyłem wyłącznie na własne przyjemności.

07:39, scibor1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 kwietnia 2015

Tak właściwie to już wsiadałem do samochodu żeby pojechać na koniec Polski i jeszcze dalej, ale rzut oka na pastwisko wywołał ciekawość która zaowocowała opóźnieniem. Ciekawość typu "chłopiec czy dziewczynka?":

Dziewczynka:) Nie czekałem aż zacznie sikać tylko podniosłem ogon i zobaczyłem;) A że już prawie jechałem, to nazwaliśmy ją Jazda;)))

No to jazda. Postój u Paliów i rozważania co mi się urwało pod samochodem, potem dalej na południe. Przerwa rozwodowa opisana gdzie indziej i znów na południe. Ile się tylko dało...

Zirytowałem się nieco, bo zamawiałem dwie paczki pędnika WWS, a Komandos rozłożył ręce, że nie ma. Wziąłem go na litość i odległość - dostałem jedną spod lady.  Potem BB i duża przesyłka grzecznościowa, potem Tychy i dzieciaki. Pogadaliśmy chwilę, potem Młoda poszła gdzieś z koleżanką a ja z Młodym do lodziarni na czekoladę. Żeby się nie stresował za bardzo... Nie powiem, poszło mu bardzo dobrze:) Był pierwszy. Z prawej;P

Generalnie ta sztuka też była ciekawa. Taka głęboka. I wilgotna. A przy okazji usłyszałem, że gong służy nie tylko do informowania o obiedzie...;)

Po przedstawieniu rajd powrotny. Zamiana przesyłek u Palia i powrót do domu. A w domu kolejna niespodzianka. Jako na początku, tak i na końcu:

Tym razem chłopak;) Chciałem go dla jaj nazwać Rozwód, ale mi to chyba wyperswadowano;P

08:05, scibor1
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 kwietnia 2015

Wszystko poszło szybko. Rzekłbym - migiem. No bo rano zastałem na pastwisku taką sytuację:

Cwaniara się uwinęła, nie dała nawet popatrzeć jak idzie. Ustaliłem komisyjnie - jako jednoosobowy komisarz - że to byk. Migiem stanął na nogi i wykazał pożądaną małakotaksję:

Zassał, więc dostawianie z bańki. Zatrzymałem jedną ręką krowiszony i porachowałem je: ten nowy jest dwudziesty dziewiąty. Hmmm. No to mamy imię. MIG;)

09:07, scibor1
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 kwietnia 2015

Dwudniowa nieobecność na gumnie wywołała u mnie stan lekkiego niepokoju. Nie dość, że nie mogłem usiedzieć, to jeszcze za co się wziąłem to z rąk leciało. O, na przykład kawę sobie zrobiłem i zaraz potem poczułem nieodpartą irytację z powodu siedzenia Gaździny w domu mimo ładnej pogody. Zapomniawszy o kawie ubrałem ją i poszliśmy teoretycznie do bobrów. A praktycznie utknęliśmy przy krowiszonach. No bo coś dziwnego wystaje Oślicy spod ogona...

 Coś się zamierza przygelaufenić. Dobra, idziemy jeszcze do koniowatych. Poszliśmy, wymieniliśmy uprzejmości, ale do bobrów nie ma sensu. Wróciliśmy zobaczyć co tam krowie spod ogona wystaje. Ano więcej:

 Co bardziej obeznani zauważą język;) Poród przebiegłby samodzielnie, ale dla porządku troszkę pomogłem oczyścić wystającą paszczę i pociągnąłem za nóżki. Hop i jest dziewczynka. Czarna jak kawa i wyskoczyła jak kawa cywecie z... no właśnie, kawa na mnie w domu czeka. Gaździna wiechciem wytarła gelaufena, który zgodnie z potrzebą chwili został nazwany... Kawą:)

A w domu czekała na mnie kawa. W przeciwieństwie do świeżego gelaufena - zimna;) I dobrze.

07:07, scibor1
Link Komentarze (1) »